Na dzisiaj zapominamy o zielonym bloczku.
Przez to, że jestem otwarty na swoje emocje, i zdecydowałem się na nie otworzyć całkowicie (nie ma przebacz!), moje myśli mogą odpłynąć w bardzo złe miejsca. W takie, z których nie byłoby już powrotu. Zabrać sobie jakąkolwiek nadzieję, zabrać sobie przyszłość.
Taki stan miałem wczoraj.
Postanowiłem przetrawić te emocje, przeżyć je. Niech będę całkowicie rozbrojony, by sprawdzić, co się stanie, gdy je przeżyję. I zaczęły dziać się cuda. Ja, podenerwowany samym faktem, że istnieję, obrażany jeszcze nie wiedzieć czemu (teraz wiem) przez kumpla, poszedłem pomóc coś załatwić. Przypadkowo udało mi się podpiąć pod jeszcze większy projekt, rozszerzyć go, połączyć z innym, wymyślić nową miejscówkę, założyć grupę, dołączyć do grupy, spotkać w czasie dyskusji, gdy wyszliśmy na zewnątrz osoby, które właśnie tym się zajmują (PS: one po prostu przechodził), dostać ekspertyzę, przegadać.
Jest ranek. To... dalej żyje.
Jak widzicie, wczorajszy dzień był tak bardzo dziwny, że wychodzi to poza jakąkolwiek formę tego, co można lub nie można zrozumieć.
Wstałem z mętlikiem w głowie. Nie umiałem się skupić przy dokończaniu modlitwy, w czasie której wczoraj padłem, nie byłem w stanie ustać.
I zrozumiałem dwie rzeczy:
Moją siłą jest umiejętność powrotów do samego siebie. Nie uciekam.
Na dzisiaj tyle.
Trzymajcie się! ^^