Ludzie nie mają dziś litości i spojlerują wystawy wrzucając wszystkie swoje fotki na Facebooka. Skutek był taki, że zanim wybrałem się na „Nabistów” w Łazienkach znałem już dużą cześć pokazanych na wystawie obrazów. Na szczęście wszyscy, zasugerowani tytułem, wrzucają tylko obrazy francuskich malarzy, nie zauważając że na wystawie znalazło się szereg bardzo ciekawych obrazów polskich twórców. Mnie ich obrazy zainteresowały szczególnie, zwłaszcza te których nigdy nie widziałem wcześniej.
Ślewiński jest oczywiście obecny w wielu kolekcjach polskich. Tu też pokazano obrazy dobrze znane i często reprodukowane, poza jednym. Genialną martwą naturą z Francji, obok której łatwo przejść koncentrując się na obrazach nabistów, które są głównym tematem. A zasługuje ona na dokładne obejrzenie. Jeżeli wybierzecie się na tę wystawę nie przegapcie jej.
Ślewiński nie zostałby artystą, gdyby nie spotkał Gauguina, czy z nabistami byłoby tak samo? Pewnie nie, ale Gauguin dla nich też był najważniejszym autorytetem i wzorem.
Drugi ważny obraz na tej wystawie jest dla odmiany dziełem malarza mało znanego - Wacława Żaboklickiego. Nie znajdzie się go (chyba) w żadnej ekspozycji stałej w Polsce, przynajmniej ja nie miałem szczęścia nigdy na niego trafić.
Kolejny obraz, dla którego warto się wybrać na tę wystawę to imponujące dzieło Edwarda Okunia w stylu egipskim.
Pokazano także tkaninę ze zbiorów Biblioteki Polskiej autorstwa Bolesława Biegasa.
Oprócz tych obrazów znalazły się prace Wyspiańskiego, Wojtkiewicza i innych, pokazując że koneksje pomiędzy sztuką nabistów i artystów młodopolskich są liczne i głębokie. Ale polscy artyści pojawili się na tej wystawie na marginesie. Z pewnością to temat na wielką wystawę, która pokaże go szerzej. Najważniejsi byli sami nabiści.
Niewiele o nich wiem, a ta wystawa bardzo zachęca, aby lepiej ich poznać. Mam nadzieję, że znajdę czas, żeby nadrobić zaległości. Ich obrazy w wielkich zagranicznych muzeach zawsze giną gdzieś w cieniu. Niewielkie, nie starające się epatować widza techniką, naukowym podejściem do malarstwa, czy wyszukaną harmonią. Tak jakby świadomie chcieli pozostać w cieniu. Domowe zacisze jest miejscem wymarzonym dla tej sztuki. Nie jest to sztuka na wielkie wystawy, z nielicznymi wyjątkami jak duży portret kobiecy Józsefa Rippl-Rónaia trzeba zatrzymać się i wytężyć swoją uwagę, zeby za szybko nie przejść obok zachwycających prostotą niewielkich obrazków. Ich (nabistów) sposób odchodzenia od akademizmu jest chyba najbardziej bezpretensjonalny.
Najbardziej zachwycił mnie zbiór obrazów Maurice'a Denis, artysty które wraz z André Gidem był na berlińskiej wystawie Grupy Pięciu, na której Gide odkrył obrazy Wojtkiewicza. Nie wiemy czy to właśnie on nie zwrócił Gide'owi na nie uwagi. Na pewno mógł odczuwać wspólnotę dążeń artystycznych z Wojtkiewiczem. Ta wystawa to ogromny sukces dr Ewy Bobrowskiej i Jean-René Saillarda, którzy ją stworzyli. Trzeba koniecznie zobaczyć, najlepiej dwa albo trzy razy.