W ramach przygotowań do piątkowej dyskusji sprawdzam sobie, co tam pisano w Polsce o miejscach trzecich i niestety nie są to teksty ujmujące istotę problemu. Z czego to wynika? Myślę, że w dużej mierze z samego terminu. Oldenburg zatrzymał się w swojej teorii na miejscach trzecich, zamiast pociągnąć to dalej i opisać też miejsca czwarte, piąte i szóste. W efekcie cały polski dyskurs krąży wokół przestrzeni spotkań tworzonych przez domy kultury, biblioteki czy choćby kawiarnie, ale kompletnie nie dotyka sedna. A sednem jest spontaniczność, rozmowa i społeczność.
Daleki jestem od ortodoksyjnego czytania Oldenburga, ale naprawdę irytuje mnie jak za każdym razem, gdy trafiam na jakiś polski tekst o miejscach trzecich to kompletnie wypaczona jest istota. Rozumiem, że z perspektywy prawie 40 lat część założeń należy zrewidować. Ot, na przykład uwagi o tym, że miejsca trzecie są zdominowane przez jedną płeć. Również sąsiedzkość okazuje się nie być warunkiem sine qua non. Bo praktyka KBK pokazuje, że wiele osób jest gotowych codziennie pojawiać się, mimo iż mieszka w innych dzielnicach. Jeszcze mniej istotny wydaje się być tzw. "niski profil", bo sam Oldenburg podając przykłady miejsc trzecich wymieniał lokale wykwintne. Są jednak cechy fundamentalne:
- rozmowa jako główna aktywność
- poczucie udomowienia
- społeczność tworzona przez bywalców
- możliwość wejścia bez zaproszenia i wyjścia w każdym momencie
- dostępność czasowa
- znoszenie podziałów.
Co jednak najważniejsze wszystkie te cechy muszą istnieć równocześnie. Dlatego też miejsca trzecie są rzadkością. Twierdzenie, że jest inaczej jest niczym innym jak zaklinaniem rzeczywistości.
Jakieś 20 lat temu trafiłem w Warszawie do "klubu", który prowadził Krzysztof Bosak. W zasadzie było to wynajęte mieszkanie przy Nowogrodzkiej 44. Taki prawicowy otwarty salon. Miał on swoich bywalców, toczyło się tam dużo spontanicznych rozmów. Dla mnie był to jeden z dowodów na to, że da się tworzyć alternatywne przestrzenie kultury i państwo nie ma na nie monopolu. Czy było to jednak miejsce trzecie? Obiektywnie nie. Mimo iż subiektywnie wiele osób z pewnością tak je traktowało i dla wielu było miejscem ważnym.
Podobnie jest z domami kultury, bibliotekami czy cyklicznymi spotkaniami. To nie są miejsca trzecie. Jeżeli jakaś przestrzeń opiera się tylko na zorganizowanych wydarzeniach i nie można do niej przyjść spontanicznie i łatwo wejść w rozmowę to najwyżej jest to miejsce czwarte, ale na pewno nie trzecie.
Oczywiście nie można na 100% wykluczyć, że przestrzeń prowadzona przez instytucję nie może być miejscem trzecim. Czasem dzieją się takie anomalie. Sam znam jeden przykład. W latach 2007-2011 pracowałem w Pałacu Młodzieży w Tarnowie. Ta skostniała instytucja miała jednak jeden oddział, który prowadził bardzo otwarty instruktor. Tak się składało, że był on na moim osiedlu. Klimat i zasady jakie tam panowały znacząco różniły się od siedziby. Można było tam przyjść bez żadnego powodu i zapisów. Wewnątrz odbywały się jakieś zajęcia, ale na pierwszym planie było spotkanie, rozmowy, żarty. Była to jednak w dużej mierze zasługa tego instruktora, który podejrzewam dość często naginał normy obowiązujące w placówce. Innymi słowy: jeśli w Polsce jakaś instytucja ma być miejscem trzecim, to tylko jeśli wyjdzie na margines swoich regulaminów i innych przepisów.
Mam wrażenie, że w aktualnym dyskursie jako miejsca trzecie upatruje się każde, w których odbywają się jakieś nieodpłatne i otwarte wydarzenia. Paradoks tkwi jednak w tym, że miejsca trzecie są nimi nie dzięki wydarzeniom, ale pomimo. Jeśli bowiem wgłębić się w założenia koncepcji Oldenburga to eventy zakłócają spontaniczność i często można brać w nich udział nie wchodząc w żadne interakcje.