W Tarnowie, zwanym też Damaszkiem Europy nie byłem od mniej więcej dwóch lat. Wybrałem się tam głównie po to, aby spotkać się z Adą, która na codzień mieszka w Amsterdamie. To ona poprosiła mnie o Koran, o którym wspomniałem wczoraj.
Zaraz po przyjeździe Tarnów przypomniał mi o swojej dorocznej tradycji wieszania na drzewach pisanek wykonanych przez uczniów szkół.
Z Adą potkaliśmy się na imprezie organizowanej w klubie zlokalizowanym przy rynku. Okazało się, że była tam też więcej moich przyjaciół z tarnowskich czasów. Szybko poczułem się, w domu, a swoje baterie społeczne i taneczne naładowałem do pełna.
Wczoraj natomiast zostałem turystą na pełen etat. Z rana odwiedziliśmy targ. Od lat nie byłem w takim miejscu, czułem się więc nieco jak osoba pierwszy raz znajdująca się w jakimś egzotycznym kraju.
Czy na targu można kupić wszystko? Na pewno nie, można kupić zbyt drogie chińskie gadżety, w tym słynny śpiewający kaktus, zbyt tanie majtki niskiej jakości, skarpetki na sztuki gdyby pralka przeniosła Ci akurat jedną do innego świata. Moim personalnym faworytem był natomiast dział z roślinami i warzywniaki, rolnicy sprzedający swoje własne płody rolne wydali to była jakaś inna jakość niż piąte pod rząd stoisko z identycznym asortymentem chińszczyzny. Może to jednak wynikać z moich uprzedzeń do konsumpcyjnego stylu życia. Jednego jednak jestem pewien, tak jak jakości większości produktów z targu ciężko byłoby konkurować z innymi sklepami, tak żaden market nie ma ładniejszych warzyw niż te, które widziałem wczoraj na tym bazarze.
Po wizycie na targu udaliśmy się na południe. Chcieliśmy zwiedzić ruiny zamku w Melsztynie, które niedawno zostały odnowione. Najpierw jednak odwiedziliśmy pustelnię pustelnika Grzegorza, który od żyje w malutkiej chatce zlokalizowanej u stóp wzgórza, na którym znajduje się zamek.
O pustelniku powstało kilka filmów dokumentalnych, linki można znaleźć na jego stronie internetowej www.kucgrzegorzch.pl.tl
Doczekaliśmy się takich czasów, kiedy pustelnicy prowadzą swoje strony internetowe. A nawet nie przyszło mi do głowy, żeby próbować ściągnąć Pana Grzegorza na Hive.
Dowiedziałem się natomiast, że zanim został pustelnikiem był franciszkaninem, wyrzucono go jednak z zakonu za nieposłuszeństwo. Wartości związane z hasłem ora et labora wciąż były mu jednak bliskie i takie życie prowadzi on od 26lat.
Ciekawą sprawą jest początek pustelniczej przygody Pana Grzegorza, zainspirował się on innym pustelnikiem, który mieszkał w tym samym miejscu i swoją chatkę zbudował po sąsiedzku. Powstała więc malutka osada pustelnicza, co najwyraźniej było nie w smak prekursorowi, gdyż panowie przez lata się do siebie nie odzywali. Tak mówi przekaz ustny, jak obejrzę któryś z dokumentów to zweryfikuję tę informację.
Od Pana Grzegorza usłyszeliśmy, że brat Marian nie żyje już od paru lat. Dowiedzieliśmy się też, że Pan Grzegorz przyjmuje dary, przekazaliśmy więc nieco freegańskiego jedzenie i po krótkim podziękowaniu pustelnik oddalił się bez słowa.
Sam zamek nie był szczególnie imponujący, widok z góry natomiast już jak najbardziej! Pierwszy raz w życiu widziałem też jemiołę na sośnie.
Kolejną atrakcją tego dnia była malutka przeprawa promowa. Mieściły się tam dwa samochody, a nasz Charon nie pobierał żadnego obola za transport.
Pojechaliśmy jeszcze w stronę zapory w Czchowie, na tamtejszy zamek tylko spoglądając, był on już nam znany, a później udaliśmy się nad nieco większą tamę nad Jeziorem Rożnowskim.
Chyba pobiłem wczoraj swój osobisty Actifitowy rekord, ale co najważniejsze spędziłem super dzień i w końcu porządnie przywitałem powoli budzącą się wiosnę.
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io