Kochani, kiedy wyprowadziłam się z domu od męża alkoholika myślałam, że zaczyna w swoim pokręconym życiu nowy etap. Myślałam że będzie mi lżej, łatwiej. Kurde, myślałam, wróciłam do domu, do rodziców będzie git. Jakże bardzo się pomyliłam... Wyszłam z domu alkoholika i weszłam do domu alkoholika. Musicie wiedzieć, że mój szanowny ojciec też lubi ten sport. Po pewnym czasie zaczęły się drobne sprzeczki, przytyki słowne. Ja, niestety nauczona przez lata walczyć o swoje powiedziałam sobie, że nigdy więcej takiego życia. Tylko że to wszystko nie jest takie proste. Moi kochani rodzice nauczeni życia w niezgodzie i każde osobno zaczęli się buntować temu że jestem. Wszystko ciągle jest nie tak, nie dobre. Po co piorę, po co sprzątam po co w ogóle coś robię. Z czasem zaczęłam się zastanawiać po co żyję?Jestem sama ze wszystkim. Moje dzieci często uciekają do ojca alkoholika, a ja zaczynam mieć dylemat czy dobrze zrobiłam odchodząc. To była trudna decyzja,podejmowałam ją bardzo długo i robiąc to byłam pewna swego.
Po dniu dzisiejszym i kolejnej awanturze mam znowu dość. Postanowiłam dla siebie i dzieciaków wynająć mieszkanie, ale ceny są takie, że z butów wyrywa. Kobieta powiedziała mi 1000 zł za mieszkanie do tego kaucja 2000 zł. Uwierzcie mi po prostu się popłakałam... Muszę to jakoś ogarnąć. Mam nadzieję, że wystarczy mi jeszcze sił. Tamten rok był ciężki, ale ten wcale nie zaczyna się lepiej. Najbardziej tylko pragnę żeby dzieciaki były ze mną. Przede mną jeszcze druga sprawa rozwodowa. Zaczynam się bać, że to będzie trwać i trwać i nigdy się nie rozwiodę. Nie zakończę tego koszmarnego etapu. W tym wszystkim po drodze zgubiłam gdzieś swoje jaja. Ja taka zaradna i super...Własnego chorego życia poukładać nie umiem. Zawsze byłam dobra we wszystkim, a teraz się pytam się? Dlaczemu to wszystko tak? Ile człowiek musi jeszcze w życiu znieść?