Kartka Z Kalendarza 06.06.2026 - Jezioro Szczyrbskie, Chata Pod Soliskiem i Skrajne Solisko
Wybór na Tatry Słowackie padł z bardzo konkretnej przyczyny, długi weekend w Polsce. Jestem niemal pewny, że polskie Tatry tego weekendu pękały w szwach od turystów. Zresztą tam jest zawsze tłoczno w sezonie. W Tatrach słowackich wygląda to nieco inaczej. Nasi sąsiedzi nie dość, że przygarnęli zdecydowanie większą część powierzchni całych Tatr, to ogólnie posiadają masę cudownych pasm i tam turystyka górska rozkłada się znacznie bardziej na większym obszarze. To moje osobiste zdanie na ten temat, ale myślę, że nie jest wyssane z palca.
Dodam jeszcze, że ponad połowa osób, które spotkaliśmy na szlaku dzisiaj, była z Polski, a słowackiego języka zbyt dużo nie słyszeliśmy. Być może Słowacy są mniej rozmowni na szlaku i po prostu się nie odzywają? W ciszy i zadumie łączą się z naturą? Może coś w tym jest, ale ręki sobie uciąć za to nie dam.
Nasza dzisiejsza wędrówka rozpoczęła się nad Jeziorem Szczyrbskim. Samo jezioro, oprócz tego, że jest atrakcją samą w sobie, jest również świetną bazą wypadową w Tatry Wysokie, w tym na Rysy. I jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już w lipcu z tego miejsca będziemy chcieli najwyższy szczyt Polski w końcu zdobyć.
W pobliżu jeziora znajduje się sporo parkingów, a ich ceny oscylują w granicach od 10 do bodajże 12 euro za cały dzień postoju, co w połączeniu z darmowym wstępem do słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego (w Polsce jest płatny) jest dość kuszącą alternatywą.
Z parkingu skierowaliśmy się na szlak niebieski, który początkowo wiedzie przez zabudowania przy jeziorze. Są to przeróżne lokale gastronomiczne i hotele. Ogólnie obiekty głównie turystyczne.
Następnie szlak prowadzi przez dłuższy odcinek przy samym jeziorze z Tatrami w tle.
Pierwsza część ostatniej, ale długiej prostej wiedzie przez las i jest wyłożona kamieniami leżącymi płasko lub w formie stopni. Wyjątkowo dobrze szło nam się po tych kamiennych stopniach.
Następnie las się otwiera, pojawiają się widoki i bardziej otwarta przestrzeń, po czym ponownie wchodzimy do lasu na wąską ścieżkę.
Kiedy po raz drugi wyszliśmy z lasu, widzieliśmy już Skrajne Solisko i miejsce, gdzie kończy się kolejka krzesełkowa, która kursuje do schroniska i jest alternatywą dla pieszej wędrówki. Wydawało się, że jeszcze chwila i dotrzemy do Chaty. Nic bardziej mylnego. Szlak przeradza się tu w szeroką drogę gruntową. Nie ma już kamiennych stopni, tylko zbita ziemia pod nogami z kilkoma stromiznami. Szło się tym odcinkiem fatalnie. Mimo że dalsze podejście na Solisko jest teoretycznie fizycznie i technicznie trudniejsze, to ten odcinek zdecydowanie najbardziej dał w kość. Zarówno przy wchodzeniu, jak i przy powrocie.
W końcu jednak dotarliśmy do schroniska. Usiedliśmy na chwilę w środku i wypiliśmy kawę, a później zjedliśmy własny posiłek na zewnątrz. Według informacji, które zdobyliśmy, nie można jeść własnych posiłków w środku. Jedynie zamówione na miejscu. Po odpoczynku przyszedł czas na Skrajne Solisko.
Wyjście na szczyt wymaga uwagi i skupienia. Szlak cały czas prowadzi po kamiennych schodach lub jest wytyczony przez skały i głazy pokrywające stok. Jest też zdecydowanie stromo i w niektórych miejscach chwila nieuwagi może skończyć się poważną kontuzją. Trzeba też uważać na ewentualne spadające kamienie zrzucone przez innych wędrowców. Widzieliśmy sytuację, w której ktoś zrzucił sporych rozmiarów kamień. Dobrze, że nikt nie stał na jego drodze.
W dalszym ciągu nie jest to jednak szlak, na którym początkujący górołaz by sobie nie poradził. Spotykaliśmy rodziny z dziećmi, więc nie jest to szkoła przetrwania. Uczulam jednak, że zachowanie ostrożności nie zaszkodzi, a jest wręcz wskazane.
Widoki są rewelacyjne, a podejście do krawędzi momentami zapiera dech w piersiach i może być też, delikatnie mówiąc, stresujące. Nieco więcej zobaczycie na zdjęciach w tematycznych postach w przyszłości, kiedy ogarnę materiał z aparatu.
To, co zobaczyliśmy w okolicach szczytu, absolutnie nas oczarowało. Prawdziwie wysokogórski krajobraz Tatr Wysokich ze zjawiskowymi szczytami, przepaściami, głębokimi dolinami oraz ostrymi graniami i turniami. Osobiście się zakochałem. Szczególnie w widoku na kolejny szczyt w grupie Soliska, ale o tym również w przyszłości, kiedy zbiorę informacje o całym obszarze. Dzisiaj czysta relacja z wyprawy w ramach dziennika.
Droga powrotna prowadziła dokładnie tą samą trasą, choć jest jeszcze opcja zejścia szlakiem żółtym lub czerwonym, ale prawdę mówiąc, nie chcieliśmy kombinować. Znaliśmy już szlak niebieski, a nasze nogi dostały solidny zastrzyk wysiłku i nie chcieliśmy ich narażać na nieznane alternatywy. Zwłaszcza że nie sprawdziłem wcześniej opcji wędrówki tamtymi dwoma szlakami.
Po dotarciu nad jezioro zjedliśmy obiad nieopodal parkingu, a następnie wyruszyliśmy zaliczyć kolejne miejsce z planu wycieczki. Czy ktoś słyszał o czerwonych koniczynach?
Absolutny hit tegorocznego sezonu wiosennego, czyli pola koniczyny inkarnatki pod Tatrami. Niestety spóźniliśmy się i trafiliśmy na moment, w którym kwiaty tej rośliny w zdecydowanej większości już przekwitły. Trochę szkoda, ale i tak cieszy fakt, że udało nam się zakosztować choć namiastki tego hitu.
Na tym zakończyliśmy podróż. Sam trekking na szczyt i z powrotem zajął nam około 7 godzin. Przejazdy, koniczyna, obiad i przystanki na zdjęcia w drodze powrotnej do domu złożyły się w sumie na 16-godzinną podróż. Bardzo intensywny dzień, z którego jednak jesteśmy bardzo zadowoleni.