Pamiętam ten moment, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Commodore 64. Stał u kumpla na biurku jak relikt z innego, lepszego świata. A ja? Ja byłem wierny swojemu Atari 130XE (choć wtedy mówiliśmy na niego pieszczotliwie „130 XR” – bo brzmiało bardziej kosmicznie).
I zaczynało się porównywanie.
Ten charakterystyczny chlebak C64. Beżowa obudowa, klawiatura jak z maszyny do pisania przyszłości i ten magnetofon, który wył przy wczytywaniu jak startujący odrzutowiec. U mnie też wył. Tylko inaczej. Każdy komputer miał swój dźwiękowy podpis — taki modemowy śpiew lat 80., który dziś byłby nie do zniesienia, a wtedy oznaczał: zaraz zacznie się magia.
Na moim Atari ładowało się długo. Bardzo długo. Człowiek siedział i patrzył w telewizor jak w ognisko. Na C64 też się ładowało długo — ale tam grafika wydawała się bardziej kolorowa, dźwięk jakby pełniejszy. Ten legendarny SID robił robotę. Człowiek nawet nie wiedział, że to się nazywa SID — po prostu było „wow”.
Pamiętam pierwsze odpalenie „River Raid”, „Boulder Dash”, „International Karate”. I to uczucie lekkiej zazdrości. Bo choć moje Atari miało swoje perełki i było szybkie jak błyskawica, to wokół Commodore’a unosiła się jakaś aura Zachodu. Pewex, RFN, katalogi z Niemiec. C64 był jak dżinsowa kurtka z Pewexu — niby niepotrzebna, ale każdy chciał mieć.
A jednak wracałem do domu, siadałem przed swoim Atari i czułem dumę. Bo to był mój komputer. Zajechany joystick, kasety opisane długopisem, przegrywane od kolegi na szkolnym korytarzu. Ten moment, kiedy gra wchodziła za pierwszym razem — święto narodowe.
Dziś, po latach, wiem jedno: nie chodziło o to, który był lepszy. Chodziło o ten czas. O soboty pachnące kurzem z kineskopu. O walkę z głowicą magnetofonu i śrubokrętem. O pierwsze „READY.” na ekranie i poczucie, że oto mamy w domu coś absolutnie kosmicznego.
Commodore 64 był legendą.
Atari 130XE było moją legendą.
I chyba dlatego wspominam oba z tym samym uśmiechem.
A jak to się właściwie zaczęło? Cała historia C64
Historia Commodore 64 zaczęła się w 1982 roku, gdy firma Commodore International postanowiła uderzyć w rynek komputerów domowych z rozmachem, jakiego wcześniej nie było. Za projektem stał wizjoner branży, Jack Tramiel, człowiek o żelaznej zasadzie: „Computers for the masses, not the classes.”
C64 miał 64 KB pamięci RAM — w tamtym czasie to było coś ogromnego. Sercem maszyny był procesor MOS 6510, a prawdziwą magię tworzyły dwa układy: VIC-II (grafika) i SID 6581 (dźwięk). To właśnie SID sprawił, że muzyka z gier na C64 do dziś ma status kultowej.
Premiera była spektakularna. Cena — agresywnie niska. Commodore rozpoczął bezwzględną wojnę cenową z Texas Instruments i innymi producentami, doprowadzając część konkurencji do wycofania się z rynku. C64 trafiał wszędzie — do domów, szkół, małych firm. Sprzedawany był w milionach egzemplarzy.
W połowie lat 80. stał się najlepiej sprzedającym się komputerem osobistym w historii. Szacuje się, że sprzedano od 12 do nawet 17 milionów sztuk. Żaden inny pojedynczy model komputera nie osiągnął takiego wyniku.
Z czasem pojawiały się kolejne wersje — C64C (z jaśniejszą obudową), modele z napędem dyskietek, kartridże, rozszerzenia pamięci. Ale świat szedł dalej. Nadchodziła era 16-bitowców — Commodore Amiga, Atari ST — a potem PC.
Produkcję C64 zakończono w 1994 roku, gdy samo Commodore International ogłosiło upadłość. I tak zamknęła się pewna epoka.
Ale legenda została.
Dziś C64 żyje dalej — w emulatorach, w miniaturowych reedycjach, w demoscenie, w kolekcjach pasjonatów. Dla jednych to pierwszy komputer. Dla innych — niedościgniony symbol złotej ery 8 bitów.
A dla mnie?
To zawsze będzie ten „komputer od kolegi”, który pachniał Zachodem — i który nauczył mnie, że czasem nie trzeba czegoś mieć, żeby to dobrze wspominać.