Było takie miejsce...

Words
585
Reading
3 min
Listen
Play
7y

Wiele już napisano o magii bibliotek, wielu autorów w ten czy inny sposób wplatało w swoje fabuły wątek bibliotekarzy. Biblioteka jako gmach, jako Miejsce utwalila się na dobre w umysłach ludzkich, choć jej obraz jest dużo bardziej schematyczny niż ona sama.

Inaczej - bo mało sensownie to zabrzmiało - myśląc o bibliotece mamy w pamięci gmach, czło‌wieka od szukania/podawania/odbierania książek, uciszana co bardziej gadatliwych czytelników i książki. Jest ten człowiek - bibliotekarz, są czytelnicy, półki pełne ksiązek i budynek, w którym to wszystko.

I już. Cała biblioteka.

Jakby kiążki rodziły się w bibliotece i w niej - w tej sali z oknami, gdzie ludzie przychodza po wiedzę, spędzały swój żywot. Tymczasem cała ta budowla ma dużo więcej pomieszczeń i zakamarków. Ludzi w nich pracujących, których przeciętny miłośnik lektury nie ogłada i o których istnieniu pojęcia nie ma.

Ot choćby miejsce, które mi kiedyś pokazano i które zrodziło we mnie przekonanie że to jest to. Tu chcę pracować - nawet niech mi nie płacą. Nawet mogę dopłacać, byleby tylko...

Się nie udalo bo cóż... nie dla psa kiełbasa. :)

Wąskie to było pomieszczenie, choć to poczucie ciasnoty było tylko takim złudzeniem. Pod ścianami regały wypełnione stertami książek - to one optycznie zwężały przestrzeń. Kurzu rzecz jasna od groma bo choc pani sprzątaczka dzień w dzień przychodziła to miała przykazane regałów nie tykać. W tymże pokoju ustawiono cztery pokaźnych rozmiarów biurka abo stoły. Jakkolwiek by nie nazwał spełniały swoją unkcję - zawalone papierzyskami i piętrzącymi się stertami książek... że tam się znalazło miejsce dla człowieka to cud.

A ludzi tam pracujących było czworo.

Panie o już przekwitłej urodzie i posturze stałych bywalczyń foteli. Powierzchowny obserwator obdarzyłby je spojrzeniem pełnym politowania i poszedł dalej. No bo...nigdy nie słyszały o siłowni? Nie biegały dla zdrowia? Nikt im nie mówił o zdrowym odżywianiu? W dofatku jedna z nich ubierała do pracy fartuch rodem z podstawówki lat sześdziesiątych...

Wystarczyło jednak byś słowo zamienił z którąkolwiek by zmienić zdanie. Te, przykurzone z pozoru, "relikty" znakomicie orientowały się w historii i geografii... Wiedziały kto kogo zastąpił i jakie stanowisko na otarcie łez mu dali... Orientowały się w niuansach kroniki towarzyskiej; były biegłe w nowinkach technicznych.

Taką miały pracę.

Miesiąc w miesiąc przynoszono im, tak mniej więcej, po dwieście książek na głowę. Były to tytuły z różnych dziedzin - praktycznie wszystko co rynek wydawniczy miał do zaoferowania. Powieści, poradniki, opracowania naukowe... Ich zadaniem było przeczytać je a własciwie lepiej byłoby powiedzieć przekartkować - bo dwieście książek w trzydzieści dni? To jakieś sześć tomów i spory kawałek siódmego do przerobienia dziennie by było.

Czytały w tempie ekspresowym i na tej podstawie pisały kilka słów stanowiących później pomoc dla pracowników bibliotek dzielnicowych. Taki skrypt pozwalający mającym skromny budżet placówkom wybrać to, co najlepsze z pojawiących się w księgarniach nowości.

Niewykluczone, że taki nadmiar lektur zbrzydziłby mi czytanie niczym nadmiar słodyczy pracownicom Goplany, które po kilku miesiacach pracy słodkiego już nie tykają. Ale z zewnątrz wydawała sie taka praca marzeniem. "Nic nie robisz"... czytasz sobie i za to ci płacą. Piękne...

Czy ten zawód - panie określano mianem "czytaczek" - przetrwał próbę czasu? Czy teraz, kiedy w każdej chwili można dowolna informację wyszukać w internecie potrzebne są wskazówki ułatwiające wybór tytułów uzupelniających księgozbiór? Tego nie wiem ale do tej pory zdarza mi się zamknąć oczy i "widzieć" siebie za jednym z tych ogromniastych biurek. Na wyciagnięcie ręki od nierównych rzędów zupełnie nowych książek. Prosto od wydawcy.

Tak to sie czasem człowiekowi zamarzy gwiazdka z nieba. :)

books-1655783_1920.jpg
źródło:Pixabay

Post zgłaszam do Tematów Tygodnia #83.
Temat 3: "Praca marzeń'"

Było takie miejsce... | Ecency