Przyjaźń jest też na dobre.

Miałam dać spokój rozkminkom myślowym, ale nieustająco coś do mnie przychodzi i aż się prosi, by rozłożyć na części, zdemontować, złożyć od nowa lub wyrzucić do śmieci.

Takie "poważne" tematy mam na tablicy zapisane, na artykuły historyczne, kulturalne, psychologiczne... et cetera... Patrzę na nie i nic nie czuję. A jak nic nie czuję, to wybaczcie, niczego nie napiszę. Mogę ewentualnie zacząć... mam kilka takich początków, wielce obiecujących. Czekają sobie w folderku o niecenzuralnej nazwie, na chwilę swej chwały. Potencjalnej.

I jak sobie dziś pozwoliłam nie pisać na jeden z tych poważnych tematów, to jakbym się wyprostowała wewnętrznie, a myśli wietrząc wolność zaczęły hasać pod kopułą. No i się zaczęło. Ostatnio nic nie jest im straszne i wciąż ładują się w jakieś ciemne zakamarki, otwierają drzwi od zatęchłych składzików, uwalniają trupy z szaf.





To przypomina remanent. Wszystkie kąty trzeba obejrzeć, każdy drobiazg dokładnie zbadać i jeśli trzeba - wyrzucić. Nawet, jeśli kiedyś wydawał nam się bezcenny, to dziś może być do niczego niezdatnym rupieciem.

Takie coś do mnie przyszło, czy faktycznie prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Nie, żebym chciała podważyć coś tak fundamentalnego, jak to zacne przysłowie. Raczej odrobinę zmodyfikować - nie tylko w biedzie.

Swoje przyjaźnie i znajomości można zweryfikować także w sytuacji odwrotnej, czyli w przejściu na wyższy level swej ziemskiej egzystencji. Proces ten jest mniej oczywisty i często błędnie interpretowany - następuje typowe odwrócenie kota ogonem. Osoba wybijająca się z dotychczasowego kręgu znajomych często tłumaczy ich zachowanie jako troskę, niesławne dobre chęci czy niezamierzone działanie.

Taka, czysto hipotetyczna, sytuacja - grono wieloletnich "przyjaciół", wszyscy mniej więcej w tej samej sytuacji majątkowej, osobistej, z podobnym podejściem do życia. Podczas każdego spotkania obowiązkowa dawka narzekań i konieczne wspominki (kiedyś, to było...), Dzień świstaka jednym słowem, nic się nie zmienia.
Niby wszystkie społecznie uznane bazy w wyścigu szczurów zaliczone, jednocześnie... jakaś stagnacja, ciągły brak czegoś - niewiadomo czego.

I nagle jeden z kumpli postanawia, że już tak nie chce żyć. Zaczyna wprowadzać zmiany, szuka innej drogi. To może być cokolwiek, niekoniecznie poprawa statusu materialnego: plan zrzucenia wagi, udział w warsztatach, daleka podróż, przejście na wegetarianizm, założenie firmy, wolontariat w Afryce...

Jak dotychczasowi przyjaciele przyjmą jego działania? Różnie to bywa. Taki odszczepieniec jest bardzo groźny dla stadka o nazwie roboczej "Ch*****, ale stabilnie". Najgorsze jest to, że może mu się udać! Wtedy członkowie dotychczasowej grupy wzajemnej adoracji będą musieli skonfrontować się z faktem, że można! Można poprawić jakość swojego życia bez względu na:

  • złośliwość losu
  • ustrój polityczny
  • ogólnoświatowy terroryzm
  • biurokrację i korupcję
  • podatki
  • sytuację rodzinną
  • zdrowie
  • wiek
  • wykształcenie
  • nieszczęśliwe dzieciństwo
  • kryzys wiary
  • kryzys gospodarczy
  • pogodę
  • stan dróg w kraju

...i tak dalej

Wszystkie te wymówki stosowane do tej pory z powodzeniem tracą na wartości od strzała!

...Chociaż, w rozpaczliwym geście obrony mentalnego status quo zawsze można o koledze, któremu się powiodło powiedzieć, że:

  • rzuciło mu się na mózg
  • na pewno ukradł
  • albo oszukał
  • musiał mieć znajomości
  • musiał posmarować
  • musiał dać d***
  • miał farta jednego na milion
  • a tak w ogóle, to mu się jeszcze noga powinie!

Zaczyna się niewinnie. Od przyjacielskich rad i ostrzeżeń popartych przykładami z dalszej rodziny albo telewizji. Potem idą niewinne docinki i żarciki. Taki przyjacielski, delikatny mobbing, mający przywołać niepokorną owcę do porządku.

Czasami jest delikatniej. Na przykład - na twoje radosne opowieści o nowych doświadczeniach przyjaciółka reaguje z rezerwą, szybko za to przeskakuje na tematy, które jeszcze do niedawna były waszymi dyżurnymi – narzeka na męża, dzieci, na szefa, brak pieniędzy i złośliwą teściową. Twoja radość stopniowo gaśnie, przestajesz mówić o sobie, bo nie możesz się jej zrewanżować tym samym, czyli narzekaniem. Od tej pory w obecności tej koleżanki hamujesz swój entuzjazm. Gdy pyta co u ciebie - spłycasz sukcesy, opowiadasz obojętnym tonem, uwypuklasz problemy – wszystko po to, by dostosować rozmowę do starych ram. Nie pozwalasz sobie błyszczeć. Martwisz się o tych, których twój blask może oślepić.

Niezależnie od sposobu, w jaki otoczenie da ci odczuć, że "Zmieniłeś się, nie jesteś już taki jak dawniej" [no raczej, he he], zauważasz, że nie masz już ochoty spotykać się w dawnym gronie. Wykręcasz się, nie odbierasz telefonów. Masz wyrzuty sumienia – jak to, przecież przyjaźń zobowiązuje!

Czyżby? Zdrowa przyjaźń, tak jak i miłość, jest bezinteresowna. A to znaczy, że dajesz dobrowolnie i bez ukrytych oczekiwań na rewanż. Do niczego nie jesteś zobowiązany. Jeżeli relacja cię męczy, czujesz się zmuszony do jej podtrzymywania – czy to nadal jest prawdziwa przyjaźń, czy relacja toksyczna?

Prawdziwy przyjaciel, nawet tkwiąc po pachy w życiowym bagnie, zignoruje ścisk dupy pojawiający się na wieść o twoim sukcesie. Daruje sobie straszenie, bezsensowną krytykę i docinki. Zaakceptuje fakt, że teraz żyjesz inaczej. Możliwe, że będziecie się spotykać i rozmawiać rzadziej, ale nie będzie w tym pretensji i niechęci, tylko akceptacja dla zwykłej kolei rzeczy.

Cała reszta znajomych odpadnie i z tego co zdążyłam zauważyć – im większe zmiany w twoim życiu, tym więcej kontaktów się urywa. Najczęściej po cichu i stopniowo.

Zauważcie, jak się zazwyczaj komentuje taki proces:

  • ale się z niego egoista zrobił!
  • powiodło mu się, to starych kumpli już nie poznaje
  • wyżej sra, niż dupę ma
  • wstydzi się nas teraz
  • ale nosa zadziera!
  • świr, lepiej z nim nie gadać

Jak zawsze - kij ma dwa końce.

Bardzo trudno jest spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć: nie jestem już interesujący dla tej osoby. Zmieniła się, rozwinęła, nie mamy o czym rozmawiać. Spotykamy się rzadziej i to jest naturalne.

Kiedyś bałam się spotkań ze znajomymi, którzy osiągnęli w moim mniemaniu sukces. Zazdrościłam po cichu i znosiłam złośliwy głos wewnętrznego krytyka: Popatrz, idą jak burza, mają co chcą. Tobie nigdy się to nie uda... Trwało to latami. Rozumiem ten mechanizm. Jednocześnie wiem, że nie byli oni w żaden sposób odpowiedzialni za mój ówczesny stan i moje uczucia.

Mam wrażenie, że teraz jestem pomiędzy dwoma światami – starym i nowym. Nigdy nie narzekałam na brak wsparcia w szeroko pojętej biedzie – czy to były problemy finansowe, czy zawirowania osobiste. Ale przyszedł taki czas, że potrzebuję dzielić się radością życia, chwalić sukcesami, jawnie i bezczelnie cieszyć się na przyszłość... Ale nie bardzo mam z kim. Są osoby, które dają mi na to przestrzeń, jednak ja sama nakładam sobie kaganiec. Dawkuję radość i ekscytację, nie mówię wszystkiego. Nie chcę, by poczuli się źle, choć wiem, że nie jestem za ich emocje w żaden sposób odpowiedzialna. Boję się błyszczeć.

Czy macie tak?

Nie włożysz krótkiej sukienki na spotkanie z koleżanką, która zmaga się z nadwagą.
Nie pochwalisz się nową torebką, bo wiesz, że przyjaciółka ma problemy finansowe.
Nie opowiesz o swojej firmie bezrobotnemu znajomemu.
Oszczędzisz świeżo rozwiedzionemu kumplowi relacji ze ślubu.

I tak dalej.

Nie chodzi o przerośnięte, egocentryczne epatowanie statusem, sukcesem, osiągnięciami... tylko o zwykłe dzielenie się swoim życiem - każdym jego aspektem. I prawo do radości niezależnie od tego, co się dzieje wokół.

https://ipfs.busy.org/ipfs/QmamLRZFaMqDJzTdjiCmi61SojJ2CsKQPi4pSFipopRqjR


obrazki: pixabay.com





H2
H3
H4
3 columns
2 columns
1 column
Join the conversation now