Otwórz te drzwi

Words
1817
Reading
9 min
Listen
Play
6y

Piszę sporo o Nowej Hucie i jej obrzeżach, wiedziona niedawno odkrytym lokalnym patriotyzmem. Tak, w końcu po latach doceniam, że tutaj mieszkam.

Jednak moje korzenie tkwią gdzie indziej i w ostatnim czasie, niespodziewanie, wróciło do mnie mnóstwo wspomnień z odległej przeszłości. Gdy już chwyciłam jedną nitkę i pociągnęłam, to nagle zaczęło pojawiać się coraz więcej obrazów, słów, scen... Czułam się trochę tak, jakbym zapadała się w marzenie senne, wypełnione pół-baśniowymi postaciami i zdarzeniami. Bo tak widziałam wtedy świat. Rzeczywistość przeplatała się z fantazją, pojęcia mieszały się i nic nie było niemożliwe.

Postanowiłam poddać się temu, choć nie wszystkie wspomnienia okazały się miłe, a nawet te ciepłe obarczone są smutkiem i tęsknotą za tymi, których już nie ma.

Myślę tu o moich dziadkach i mamie, choć temat mamy, to zupełnie inna "bajka", której tu dotykać nie będę.

Babcia Stasia, babusia, babunia, babuś. Rocznik 1910, kobieta twarda, zaradna i energiczna, ale ciepła jednocześnie. Poddająca się konwenansom, a jednak buntownicza w środku.

Gdy nie chciałam chodzić do kościoła, groziła, że mnie przeklnie. Spływało to po mnie, jak po kaczce, bo zawsze było tak samo. Wpadałam w odwiedziny, trochę się przekomarzałyśmy, ja mówiłam różne rzeczy, żeby ją sprowokować, ona argumentowała w oburzeniu przez chwilę. Potem przeskakiwałyśmy na inny temat. Po wytuleniu na zapas wsuwała mi do kieszeni stówkę. Sto tysięcy złotych, oczywiście. Niestety starych. Ale to i tak było bogactwo dla ubogiej nastolatki.

I nigdy mnie nie przeklnęła 🙂

Ale to było już wówczas, gdy ona z dziadkiem od dawna mieszkali pod trzydziestką, a ja w znienawidzonej przez siebie Nowej Hucie. Wtedy, gdy uwielbiałam myśleć o tym, że do czwartego roku życia mieszkałam tak blisko serca starego Krakowa, w dzielnicy Kleparz, na ulicy Szlak.

Ulica, jak setki czy tysiące innych... ale nie dla mnie.

Mieszkałam tutaj, pod numerem dwudziestym czwartym.

To było skomplikowane. W tej samej kamienicy mieszkała babcia z dziadkiem, pełnili funkcję jakby dozorców, moi rodzice z moim bratem i ze mną, a później również wujek (syn dziadków i brat mamy) z żoną i dziećmi.

Nasze mieszkanie znajdowało się na najwyższym piętrze, to był jeden, duży pokój, z aneksem kuchennym odgrodzonym tylko zasłonką od głównego pomieszczenia. Pamiętam to!

Wujek mieszkał na parterze, a dziadkowie w tzw. podworcu, w przybudówce. Nie wiem, jak się tam znaleźli... być może odstąpili swoje mieszkanie wujkowi, albo nam... w każdym razie najwcześniejsze wspomnienia pochodzą właśnie z odrapanego podwórka spod 24.

Wspomnienia tak długo atakowały, że w końcu postanowiłam odwiedzić stare miejsca.

Denerwowałam się. Gdy stanęłam pod bramą i zobaczyłam domofon, to tak mi się przykro zrobiło... i zła byłam na siebie, że brakuje mi tupetu, by obdzwonić wszystkie numery z prośbą o wpuszczenie.

Stałam tak, nie wiem po co. Coś trzymało mnie w miejscu. W ogóle czułam się bardzo dziwnie tego popołudnia, jakby rozszczepiona na dwie różne siły. Byłam ta zwykła ja - rozsądna, porządna (która nie wchodzi na cudze podwórka) i ta druga - uparta, spontaniczna i ogólnie taka ej, wejdźmy tam, zobaczymy, co się stanie.

Po chwili z bramy wyszedł młody człowiek, a ja wciąż stałam w pewnym oddaleniu, gapiąc się na niego. Nagle, jakby ta druga kopnęła mnie w tyłek, rzuciłam się do zamykających się drzwi. I ten facet, chociaż odszedł już kilka kroków, też się rzucił! I było jak na filmach - zwolnione tempo, milion myśli, fokus na gałkę, moja dłoń w ślimaczym tempie wyciąga się w jej stronę i... Jest! W ostatnim momencie!

Z mocno bijącym sercem wślizgnęłam się do środka.

Wyszłam na samą górę, tam, gdzie mieszkałam jako dziecko. Jakieś okropne płytki położyli na ścianach i zapach... to już nie ten sam, zatęchły zapach starego, wilgotnego muru. Tamta woń przenosiła mnie od razu sto lat wstecz!

Ale barierki te same i wytarte schody, identycznie skrzypiące!

Teraz znajduje się tutaj hostel, chociaż ze względu na okoliczności było zupełnie pusto.

Poszłam na górę, potem z powrotem na dół... Cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje i za chwilę wkroczy, by przeszkodzić w powrocie do przeszłości.

I to właśnie było bardzo dziwne, że z jednej strony miałam te myśli: wyjdź stąd, nie możesz tu być i tak dalej, a z drugiej - weź przestań, powiesz że tu mieszkała twoja babcia i się rozpłaczesz.

Ten drugi był bardziej zdecydowany i to on kazał mi nacisnąć klamkę w nowoczesnych drzwiach na podwórze, które wydawały się być zamknięte na amen. Nie były.

Weszłam w inny świat, inny czas.

To tutaj.

Mogłabym oficjalnie nazwać to budą, ruderą lub barakiem, ale nie mogę. Ja widzę, jak to wygląda - dokładnie tak samo, jak kilkadziesiąt lat temu. Może plamy gołych cegieł na ścianach kamienic zmieniły się nieco, powiększyły... ale były tutaj i wtedy.

Tylko że to, co ja widzę swoimi oczami teraz, rozjeżdża mi się z tym, jak odbierałam to miejsce jako dziecko.

Pamiętam, że nie było ciepłej wody i babcia grzała ją na piecu, by nas wieczorem porządnie wyszorować w starym, emaliowanym szafliku. Tu możecie zobaczyć, jak wyglądał:

https://www.olx.pl/oferta/prl-stara-emaliowana-niebieska-wanienka-wanna-balia-cebrzyk-CID767-IDE0A9T.html#a54975b4a3

Musiałam być bardzo mała, skoro się w nim mieściłam. Wprawdzie w kucki, ale jednak.

Widzę taką scenę - słabo oświetlona izba, ja stoję w szafliku już umyta, a babcia otula mnie ciepłym, miękkim ręcznikiem.

Najbardziej lubiłam budzić się w nocy, by w ciemności, ciągnąc za rękę śpiącą obok kobietę szeptać: Babciu, zrób mi herbatki.

I ona wstawała ZAWSZE i robiła herbatkę - ostudzoną do idealnej temperatury, bardzo ciepłą, ale nie za gorącą, słodką i z cytryną... To była cała ceremonia - babcia najpierw dorzucała do pieca, w którym żarzyły się węgle, potem wstawiała czajnik... Czekałyśmy. Wnętrze izby wypełniało przytłumione światło, byłyśmy cicho. Spał tutaj też dziadek i czasem inne dzieci - mój starszy brat lub kuzynki.

Do dzisiaj jest to dla mnie obraz bezwarunkowej miłości i nieskończone źródło ciepła.

Wylot podwórka był kiedyś zamurowany, to była zamknięta przestrzeń. Często wypadała nam piłka poza murek i dziadziuś musiał po nią chodzić.

Mój dziadziuś - Wojtuś, rocznik 1916 - jeździł na śmieciarce. Byłam z tego zawsze ogromnie dumna i chwaliłam się wszystkim - tak jak wam teraz 🙂

Moja babcia wołała do niego: Wojtuuuuś, Wojtuniuuuu albo Wojciu. Właściwie nie pamiętam, by odezwała się inaczej, np. "Wojtek" czy "stary". Dlatego w mojej świadomości wyryta jest jak w kamieniu fraza "Dziadziuś Wojtuś".

Był cichym człowiekiem, zawsze gdzieś z boku, w tle. Był też zagadką dla mnie, przez swoją skrytość i małomówność. Pamiętam za to jego wzrok, mądry i spokojny, jakby nie musiał niczego mówić, bo wszystko już było wiadome. Od mówienia (i "gadania") była babcia :)

Z opowieści rodzinnych wiem, że dziadek był sierotą i wychował się w cygańskim taborze, przygarnięty przez cyganów. Krążyły legendy, jakoby nauczył się tam wróżenia i innych sztuczek. Pomimo wielu próśb nigdy nie zgodził się, żeby komuś to zademonstrować, a tym bardziej nauczyć. Może dlatego otaczała go w moich oczach taka aura tajemniczości. Pomimo wycofania był dla mnie, jako dziecka, bardzo dobrym i ciepłym człowiekiem.

Na pewno na podwórku rosło drzewo, bo pamiętam jak chodziły po nim włochate gąsienice. Były wszędzie! Niestety pamiętam też, że zdarzało mi się je strącać do kratki ściekowej, gdy któraś miała pecha zawitać w jej okolice. Do tej kratki, co widać na zdjęciu powyżej. Jest to wstydliwe wspomnienie.

Istniał też problem szczurów. To słowo brzmiało groźnie, czułam strach, gdy je słyszałam, ale nie miałam pojęcia, co ono oznacza. Pewnego razu przyśniło mi się podwórko nocą, a nad nim ogromny księżyc w pełni, z twarzą wykrzywioną w złośliwym uśmiechu, śledzący każdy mój ruch. Próbowałam uciekać, ale on podążał za mną. Tak mi się zwizualizował szczur, o którym tylko słyszałam. Do tej pory mam uraz nie tyle do tych gryzoni, co do księżyca w pełni.

Na zdjęciu widać miejsce, w którym się pojawił, zanim zaczął mnie śledzić - w górnym skrawku nieba, po prawej. Taki realny obraz i wciąż namacalna groza.

Ale ogólnie z tego miejsca mam bardzo dobre wspomnienia.

Pewna zima, gdy brat ciągnął mnie na sankach przez labirynt wykopany w śniegu - jego ściany wznosiły się tak wysoko, że nie widziałam niczego oprócz nieba.

Albo wtedy, gdy mama przyniosła wielką kiść bananów i poruszenie, jakie tym wywołała. Być może towarzysz Castro akurat przesłał jakiś transport...

Gdy miałam 4 lata, moi rodzice dostali mieszkanie w Hucie. Potem (nie pamiętam dokładnie w jakim odstępie czasowym) również dziadkowie się przeprowadzili... Pod numer 30. Na ulicy Szlak, oczywiście!

Tutaj mieszkanie było większe - jeden pokój, ale za to ogromny i wielka kuchnia, w której uwielbiałam przesiadywać.

Woda z kranu nadal była zimna, ale były dwa piece - w pokoju do ogrzewania i kuchenny. Duży stół z ławkami, łóżko, dwa kredensy, wanna za zasłonką, piec, oryginalna umywalka w dziwnym kształcie, pralka frania, lodówka, dziadek w kąciku pod oknem... to wszystko z powodzeniem mieściło się w kuchni! I mieściłam się jeszcze ja, na drewnianym koniku bujanym, który dostałam od dziadka.

Choć brakowało mi podwórka, to miejsce również było cudowne.

Gruchanie gołębi o poranku, zapachy i odgłosy krzątaniny z kuchni... Świadomość, że nie muszę wstawać, a gdy już to zrobię, to czeka mnie pyszne śniadanie.

Skrzypienie parkietu.

Wąska, stara szafa, z której wyciągałam blaszane pudełka i wysypywałam skarby - setki, tysiące guzików. Układałam je według koloru, kształtu i wielkości...

Robienie makaronu i podjadanie surowego ciasta, a nade wszystko - podpłomyki z blachy pieca, puchnące w mgnieniu oka, z przyrumienionymi bąblami, chrupane na gorąco.

Makaron z serem i cukrem. Zabielany barszcz czerwony z ziemniakami.

A potem, długo potem, sto tysięcy do kieszeni :)

Kiedy miałam jechać na pierwszą wyprawę autostopem, tuż po skończeniu liceum, babcia bardzo protestowała. Była z tych babć, które najchętniej zakopałyby dzieci, nieważne w jakim wieku, pod pierzyną i tuczyły, w cieple i bezpieczeństwie. Nie dziwię się temu. Przeżyła dwie wojny, wzrosła w biedzie, od której uciekła do miasta w wieku 14 lat. Wszystko co miała, zbudowała od podstaw. W jej oczach ciepły kąt i suty posiłek był najwyższym wyrazem miłości.

Protestowała więc, próbowała przekonać, szantażowała emocjonalnie.

– Nawet na mój pogrzeb nie przyjdziesz! - rzuciła w akcie desperacji.
– Oj babuuuuuuś - wyjęczałam tylko.

A ona miała rację. Odeszła, gdy ja jechałam gdzieś przez środkową Francję. Telefonia komórkowa dopiero raczkowała, więc dowiedziałam się o tym po kilku dniach, gdy zadzwoniłam z budki do domu.

Dziadziuś poszedł za nią trzy miesiące później, nie miał się już kim opiekować. Zawsze razem ❤️.

Pod trzydziestką został mój starszy brat, który zamieszkał z dziadkami dziesięć lat wcześniej, po śmierci naszej mamy. Szczęściarz, strasznie mu tego zazdrościłam.

Kilka lat później odnalazł się prawowity właściciel kamienicy i mocno podniósł czynsz, więc brat, już wtedy z żoną i córką, opuścił to miejsce na dobre. Do tamtej pory mogłam chociaż odwiedzać bliskie mi mury. Wtedy urwaliśmy kontakt, ja i to miejsce.

Nasze okno - pierwsze piętro, okno po lewej stronie anteny satelitarnej.

To nie są wszystkie moje miejsca z tamtych dni. Chciałam je odwiedzić po kolei, ale następne na liście mocno namieszało. Nie spodziewałam się już większych emocji od tych doznanych na starym podworcu, a tymczasem trafiłam do miejsca niezwykłego. Tym razem nie musiałam naciskać klamki, bo ktoś zostawił drzwi otwarte. I bardzo dobrze, bo nawet nie próbowałabym jej nacisnąć...

Ale to już zupełnie inna opowieść.

Otwórz te drzwi | Ecency