Inspiracją do napisanie tego postu była sympatyczna karolinabaum, która przypomniała mi o moich własnych harcach w przyrodzie. Myślę, że może będzie zabawnie i pożytecznie podzielić się z innymi tymi przeżyciami, zanim zanik pamięci całkowicie mnie nie wchłonie w nirwanę.
A było tak. Dawno, dawno temu, jeszcze w 20 wieku, jako niewyżyty młodzian, trafiłem na niszę w której mogłem sobie poszaleć fizycznie i podrażnić adrealinę. Popijanie na klatce z chłopakami słynnego mosztu owocowego z siarką, tzw. Wina Patykiem Pisanego mi nie szło, zaś muzyka, słuchana z jakiejś purchawki na falach krótkich, ze względu na jakość sprzętu i obowiązującą wówczas cenzurę nie dawała satysfakcji. Ledwo doczekiwałem wakacji, pakowałem swój plecaczek i fruuu… w Tatry gdzie czekały wyzwania. Takie były początki, ale dziś opowiem o zimowej wyprawie kilka lat później.
Reportaże taterników i himalaistów, dawały możliwość podkradania i przeżywania cudzych emocji, samemu grzejąc szynkę w bezpiecznym miejscu. Pomyślałem wtedy, że to trochę nieuczciwa i niemęska postawa. To w mojej opinii takie podglądanie cudzych wrażeń, bez osobistego zaangażowania i żadnych zobowiązań. Podobnie jak w telenoweli, interesujemy się życiem innych rodzin, ich tajemnicami, splątanymi losami, a przecież każdy ród i każda rodzina zasługują na swoją opowieść. Sąsiad z naprzeciwka nie miałby co opowiadać? A nasza rodzina? Los każdego człowieka może być ciekawy i inspirujący, tylko trzeba nawiązać kontakt. To czego sami nie robimy we własnym imieniu (podglądanie) załatwia nam bezwysiłkowo telewizja przez kliknięcie palcem na pilocie. Zapukanie do drzwi sąsiada to już poważniejsze wyzwanie i poważna sprawa. Podobnie jest z kontaktowaniem się z innymi przez internet. Panowie grzebią w necie, oglądają fotki lasek, puszczają im oko i zaczepiają z bezpiecznej odległości. Bez ryzyka bycia odrzuconym. Ale to inny temat.
Poniekąd zawstydzony faktem, że nie biorę osobiście udziału w wartych przeżycia momentach, no i nie oszukujmy się dla szpanu i podniesienia samooceny wchodzę w to nawiedzone towarzystwo. W tygodniu treningi na sali, niedziela na skałkach i później na piwie w tym samym towarzystwie. Czasem dwu, trzydniowy wypad w Tatry słowackie.
Któregoś roku pada propozycja zimowego podziubania czekanem w okolicy Łomnicy. Nie byłem zachwycony, ponieważ nigdy się nie wspinałem zimą i w warunkach tak odmiennych. No i ten brak doświadczenia – zima na wysokości około 2000 m. Ale wyłamać się nie wypada i będzie się czym później popisywać przy piwie. Robię jakieś zaliczenia, gospodaruję okienko na uczelni i wio do magazynku po sprzęt.
I tu się zaczyna właściwa historia. Najpierw był pociąg, poźniej kolejka, a na końcu własne nogi. Pamiętam ostre tempo do góry, aż do jakiegoś schroniska które omijamy i zaczynamy męczacą wpinaczkę do tego docelowego. Pomimo dbania o formę mam ze sobą problem. Dwadzieścia kilo na grzbiecie ze sprzętem ślusarskim (haki, raki, karabińczyki, młotek) i olinowaniem plus prowiant, to dla mojego drobnego ciała potężne wyzwanie. W pewnym momencie szybko wyprzedzają nas słowaccy tragarze, obsługujący nasze, docelowe schronisko. Jakoś nie widać po nich, żeby mieli z ostrym podejściem problem. Z plecakami większymi od mojego.
Następnego dnia mam takie zakwasy, że zmuszony jestem zostać w schronisku, a konkretnie w łóżku. Pozostali coś tam kombinują w okolicy, zaliczają krótkie wejścia. Następnego dnia to samo. Dopiero trzeciego dnia coś tam “zdobywamy”. Nie chcę się rozpraszać na szczegółach zimowych wspinaczek tamtej zimy, i zanim zapomnę co było i jak było przechodzę do historii z biwakiem.
Z tarasu przed wejsciem obserwujemy słowackich ratowników, biegających tu i tam po zboczach. Raz ich widać z jednej strony, po wypiciu herbaty pojawiają się pod przeciwnej stronie schroniska. Szybkość jak u zająca w kreskówce Nu pagadi. W ramach treningu budują błyskawicznie małe igloo na jednym ze zbocz około kilometra od schroniska.
Po południu część chłopaków wpada na dziki pomysł i schodzi do schroniska poniżej aby się napić piwa. A ja z dwoma towarzyszami przygotowujemy się do spędzenia nocy w tymże igloo. Rozkładamy plandekę wsuwamy się w śpiwory szczękając zębami. Jakoś dało się drzemać, ale po kilku godzinach nasz domek zaczyna się rozpadać. Jakaś siła z zewnątrz, wybija bryły zmarzniętego śniegu, przywalając nas przy tym. Nagle tracimy cały dach który nas przysypuje dosyć dokładnie. Spanikowany mózg przypomina sobie sceny z filmów, przedstawiających atak niedźwiedzia polarnego na ukrytych mieszkańców igloo. Nic to, że nasze niedźwiedzie powinny spać o tej porze – panika robi swoje. Lecz zamiast dźwięku niedźwiedzich łap, rozgarniających śnieg w poszukujących frajerów, słyszymy wesołe śmiechy i rozbawione okrzyki. wracających z piwnej biesiady kolegów. Zniszczenia były tak poważne, że nie było mowy o remoncie. Brak budulca, światła i do tego zaczynająca się właśnie śnieżyca. Ze względu na zerową widoczność i niebezpieczeństwo zabłądzenia podejmujemy oczywistą decyzję zagrzebania się w śniegu i przeczekania do rana. A rano śnieżyca taka, że ledwo znaleźliśmy schronisko.
Innym razem, gdzieś w pobliżu Rilskiego Monastyru w macedońskiej części Bułgarii, przyszło mi przeczekać noc w lesie, w szybko zorganizowanej stercie suchych liści. Myślałem przy tym, aby się na mnie nie nadział jakiś zdesperowany poszukiwaniem partnerki niedźwiedź. No i stało się. Przyśnił mi się bardzo, bardzo realistyczny sen, w którym wytropił i obwąchiwał moją głowę. No cóż, wrażenie spotęgowane wyobraźnia było tak mocne, że nocka była zarwana. W Tatrach, na szlaku pomiędzy Wodogrzmotami Mickiewicza i Doliną Pięciu Stawów też miałem nocny incydent z niedźwiedziem. Co ja mam z tymi niedźwiedziami?
Poszukującym silnych wrażeń sugeruję potraktowąć ten tekst jako ostrzeżenie przed nieodpowiedzialnym postępowaniem w każdej sytuacji, nie tylko w relacjach z niedźwiedziami. Może i fajnie się to czyta, ale głupota autora w tamtych czasach była oczywista i myślę, że stanowi dobry przykład jakich błędów należy się wystrzegać. I nigdy nie naśladować trampmada. No i proszę nie oglądać horrorów, szczególnie te z niedźwiedziami w roli głównej. Biedna podświadomość zapisuje wszystko na swoim HD nie rozumiejąc, że to tylko film. A jeśli w panice gdy nam się przyśni taki np. miś albo inny Belfegor wyskoczymy w panice z drugiego piętra?
Ilustracje: Pixabay