Grzech zaniechania.
Na wstępie zaznaczam, że zawarte tu treści nie mają intencji umniejszania czyjejkolwiek godności. Jest to zbiór moich osobistych dywagacji na temat trudnych a czasem bolesnych relacji międzyrasowych i międzykulturowych.
Pojawia się tu problem prawidłowego ustawienia suwaka na skali tzw. poprawności politycznej, kosztem ukazania w miarę obiektywnej, z mojego punktu widzenia rzeczywistości. Skrajne ustawienia mogą narazić autora na oskarżenia o rasizm lub dla zachowania miru pustosłowie i ugrzecznione dyrdymałki. Skutki tego drugiego ustawienia możemy obserwować w Szwecji, gdzie ze względów na obawę oskarżenia o rasizm, lokalne władze tracą kontrolę nad patologicznymi, często bandyckimi zachowaniami kolorowych przestępców. W takiej sytuacji wydaje się uzasadniona obawa autochtonnicznej ludności o utratę własnej państwowości i przejęcie kraju przez kulturowo obce mu nacje. Wszelkie, występujące patologie powinny być bezwzględnie tępione, a kolor skóry i paszport nie mogą być kryterium w ocenie winy.
Przez wzgląd na indywidualne obserwacje i kontakty z przedstawicielami odmiennych od naszej kultury, oraz mając na uwadze pojawiające się na różnych łamach dysputy na temat relacji międzykulturowych, chciałbym przedstawić swój punkt widzenia w temacie wyśmiewanego multi-kulti. Poza tym uważam, że relacje międzykulturowe to bardzo ciekawy i wart roztrząsania temat, choć w tym akurat miejscu dla wielu mało ekscytujący (w odróżnieniu od relacji np. z trójparówkowego śniadania :).
Zanim co poniektórych zaboli moja, pozbawiona poprawności politycznej szczerość oraz użyta argumentacja, zacznę cierpliwie i dyskretnie niczym zbliżający się do swej ofiary nieruchomy prawie szczupak. Udający U-Boota zresztą. Tak, aby przedwcześnie nie wykończyć na zawał potencjalnego, szczególnie sportowo zaangażowanego czytelnika.
Już nie pamiętam na którym z oceanów - Spokojnym czy Indyjskiem leżą wyspy na których wystąpiło ciekawe zjawisko. Z czasem szczegóły tej relacji mi się zatarły. W każdym razie zamieszane w to było małpie plemię, oddzielone od podobnych o setki (a może nawet tysiące) kilometrów.
Edukacja w ssaczym (prawdopodobnie nie tylko) środowisku polega na obserwowaniu i kopiowaniu przez młodzież osobników starszych, tradycyjnie traktowanych jako niekwestionowany autorytet.
Przypuszczalnie, ze względu na zmianę jakichś czynników środowiskowych, lub może pomyłkowy przebłysk iluminacji, małpy zmodyfikowały swoje dotychczasowe zachowania (pozyskiwanie pożywienia?). Okazuje się, że na pozostałych wyspach gdzie nie było takiej konieczności, osobniki tego lub podobnego gatunku zaczęły bez widocznego powodu małpować te maniery. Świadczyć to może o istnieniu jakiegoś rodzaju pola informacyjnego, którym są intuicyjnie połączone. Wskazówką potwierdzającą taką możliwość, może być niczym nieograniczona zdolność szerzenia i powielania w przestrzeni ludzkiej głupoty. Swoją drogą wart jest obejrzenia na videoblogu zalwita film pt. "Pamięć Przestrzeni".
Jestem zdania, że akurat w Polsce, granat wulgaryzmu w przestrzeni publicznej odbezpieczył powszechnie uwielbiany, szczególnie przez szukającą wzorców męskości, Bogusław Linda. Przez akceptację zobowiązujących go do tego sceariuszy. Ówczesna władza wraz ze swoim ministerstem kultury, głęboko w rufie mając język ojczysty, niejako zaakceptowała jego niekulturalną aktualizację. Od tego czasu, ze względu na obrzydliwe, krępując;e mnie dialogi, nie oglądam niestety polskich filmów. A wielka szkoda, bo byłoby się czym zachwycać. Chmura (symboliczna pamięć przestrzeni) zaczęła być zasilana nie tylko wulgarnymi określeniami, ale też sprośnymi gestami. Nie wiem jak jest sytuacja dzisaj, ale w na przełomie wieków w muzułmańskiej Turcji którą sobie przemierzałem po przekątnych, publiczne przekleństwo traktowane było jako zachowanie niedopuszczalne i surowo karane.
Upośledzeni w pewnym sensie (moja indywidualna ocena) niektórzy politycy oraz urzędnicy, czyli osoby publiczne będące pod stałą obserwacją społeczeństwa, wchłaniają oraz rozpowszechniają bez obiekcji wulgarny język obszczymurków, wzbogacając go jeszcze o toksyczny ładunek emocjonalny. Bezsensowne w tym kontekście są pretensje do przeklinających, pijących i ćpających dzieci, dziedziczących przez obserwację zachowania dorosłych. Niestety, również tych mniej doskonale rozwiniętych. Nie mają one (dzieci) jeszcze rozwiniętego zmysłu obiektywnej oceny potencjalnego idola którym w pierwszym rzędzie powinien być rodzic. Dlatego tak ważnym jest bezpośredni kontakt i spędzanie jak największej ilości czasu z najbliższą rodziną, aby z niej czerpało inspirację i naśladownictwo, zamiast z wątpliwego rezerwuaru Chmury. Jeśli przeważać w niej będą hasła np.”bić smolucha”, to nawet bez rozumienia kontekstu młode potraktuje je jako fragment obowiązującej aktualnie ideologii. Rodzic jest w tym samym czasie zniewolony swoją pracą i nie ma wpływu na programowanie potomka.
Na przykładzie Bułgarii z którą wiele mnie łączy, postaram się wykazać jakie bywają skutki wzajemnych awersji międzykulturowych. Oprócz innych mniejszości kraj ten zamieszkują również Cyganie, elegancko nazywani dziś Romami.
Przed laty opowiedziana mi była relacja z reportażu o pewnym Cyganie (pardon – Romie), adoptowanym i wychowanym przez szwedzkich rodziców. Młody, wykształcony, kulturalny, elegancko ubrany człowiek, został wraz z ekipą przywieziony do miejsca jego narodzin – czyli w domyśle jakiegoś romskiego getta. Z przeprowadzonego przez ekipę materiału i na podstawie jego wypowiedzi wynikało, że owszem – muzyka cygańska bardzo mu się podoba, ale poza tym jakoś nie identyfikuje się ze społecznością która go powiła. Wniosek stąd taki, że błędnym, niemądrym i wręcz szkodliwym pomysłem jest przypisywanie mleku matki jakichś wyjątkowych, niefizycznych właściwości. Dziedziczona zaś informacja genetyczna, dotyczy w mojej opinii jedynie sfery fizycznej. Dziedzictwo opisanego powyżej młodzieńca ma swoje źródło w jego obserwacji i naśladownictwie wysokiej jakości wzorca (rodzice + środowisko).
Zmierzam powoli do konkluzji, że te same reguły dotyczące edukacji przez obserwacje dotyczycą również nadrzędnych struktur społecznościowych, a nie jedynie bezpośredniej typu rodzic – dziecko.
Niepowodzenie asymilacji mniejszości z większościową, cywilizacyjnie doskonalszą częścią populacji wynika z faktu silniejszego oddziaływania rodzimej grupy na młodego obserwatora, niż na tym, który reprezentuje doskonalszy do naśladowania wzorzec. W takim układzie ta rodzinna, hermetyczna na mentalne transformacje, niechętna wysiłkowi wszelkich przemian związanych z dopasowaniem do wymogów większościowego społeczeństwa, nieświadomie broni swojego badziewiatego, pozbawionego bezpieczeństwa socjalnego życia.
Asymilacja może się udać w przypadku wyizolowanej z większej społeczności małej grupy (np. rodziny) i umieszczenia jej we współczesnym, kulturowo odmiennym środowisku, które będzie w stanie reagować na stare, nieetyczne i niehigieniczne zachowania i odizoluje od poprzedniego wzorca. Mam tu na myśli edukację przez obserwację dominującej grupy i krytykę z jej strony w przypadku łamania obowiązujących w niej norm.
Zaznaczam, że powyższa opinia jest moją prywatną i że w żadnym przypadku nie należy jej traktować jako obowiązującej reguły. Przedstawiam tu jedynie swoje przemyślenia.
Większość krajów borykających się z problemami mniejszości narodowych sama je generuje, i oczywiście będzie musiała liczyć się ze skutkami swojej indolencji. Nie jest rozwiązaniem przymusowe wożenie gimbusem np. romskich dzieci do szkoły i przykuwanie ich łańcuchami do ławek lub smarowanie krzesełek super glue. Edukacji nie da się wymusić przemocą, wiem to z własnej autopsji – sam chodziłem do szkół z wątpliwym, końcowym skutkiem. Niezaprzeczalną ich zasługą (mam na myśli swoje rodzinne środowisko) jest nauka lawirowania, ergonomia, rozwijanie zmysłu kombinowania, celem unikania pamięciowego i bezsensownego maltretowania mózgu.
Edukacja jest złożonym procesem, wymagającym cierpliwości i wyrozumiałości w stosunku do ucznia, niezależnie od jego indywidualnych predyspozycji. A wszelkie stresujące testy, egzaminy i oceny mają w moim rozumieniu zadowalać jedynie chwilowe wymagania kadry nauczycielskiej. Stress blokuje łącza neuronowe (synapsy?) podobnie jak niedociśnięte łącze do dysku twardego. To nie jest edukacja, bo ta mi się kojarzy z czymś bardziej wzniosłym. A to co obserwuję i sam przechodziłem jest przygotowaniem dzieci do czekającego ich wyścigu szczurów. Etyka, ziołolecznictwo, pierwsza pomoc, sztuka, rozwijanie empatii, ekologia, medycyna a nawet elementy bioterapii czy Reiki powinny być kultywowane na równi z matematyką i językiem ojczystym, biologią czy historią.
Utajniana i wsydliwie chroniona, potencjalnie pożyteczna w życiu codziennym wiedza powinna być powszechnie dostępna, a nie traktowana jak wątpliwej wartości wsad do archiwa watykańskiego czy akt UFO. Czasem mam takie złośliwe wrażenie, że ktoś świadomie nie życzy sobie zbyt szybkiej i skutecznej edukacji. Iluminaci, reptilianie? Jedyna nadzieja w dzieciach indygo. Hi, hi.
Identycznego schematu jak w przypadku szkolnej edukacji można się dopatrzyć na poziomie wyższych struktur. Mam tu na mysli używania przemocy do „cywilizowania” np. kiedyś Aborygenów, Hindusów, Indian.... Moim zdaniem analogiczne, współczesnie istniejące formy edukacji mają podobne znamiona. Zasługującą na polemikę może być tu teza stwierdzająca, że również pozbawiona partnerstwa relacja nauczyciel – uczeń ma podobny charakter. Nauczyciel często nie stara się ukrywać swojej przewagi intelektualnej w stosunku do ucznia, który ma prawo czuć się tym faktem do pewnego stopnia upokarzany. Myślę, że te odczucia, zarówno dotyczące zarówno nauczyciela jak i ucznia mogą nie być do końca uświadomione. Co nie zmienia faktu, że nauczyciel może nie być postrzegany przez ucznia za wzór do naśladowania, a tym samym przekazywana przez niego wiedza mniej atrakcyjna.
uczeń, nauczyciel, nauczyciel, uczeń... uff, mam tego chwilowo dosyć!
Edukacyjny program dotyczący edukacji i reedukacji środowisk mniejszościowych nie będzie skuteczny, bez uprzednio zainicjowanego dialogu międzykulturowego, budującego zaufanie i rozpuszczających ewentualnie istniejące uprzedzenia. I tu jest właśnie jest pies pogrzebany, ponieważ zaufania nie można wymusić, a jego zdobycie u partnera jest kwestią szacunku. A ten z koleji uwarunkowany jest etycznie skonsolidowanym umysłem. Niestety, etyka i akceptacja różnorodności nie są tematem wiodącym w większości społeczeństw i traktowane na równi z indywidualnym, nieszkodliwym hobby w stylu hippisowskim. Czyli miło się słucha ale w wyścigu szczurów mało przydatna, nie przynosząca dochodów ideologia.
Uniwersalną, godną poziomu klasycznego biurokraty metodą rozwiązywania pozornie nierozwiązywalnych problemów jest ich zamiatanie pod odpowiednio obszerny dywan. Bardzo ergonomiczna, stosowana z powodzeniem na całym świecie. Ma jednak pewną wadę - z czasem zacznie spod niego wypływać fermentująca substancja. Ale to już będzie zmartwienie jego następcy. Cwane, mądre inaczej głowy, wpadają na genialny pomysł postawienia ogrodzenia wokół slumsów i pomalowanie go na optymistyczne, żywe kolory. Widziałem coś takiego w realu jak również w pewnej komedii (Bareja?).
Powoli zmierzam do mojej prywatnej konkluzji, że mentalne bariery sprawdzają się jedynie do pewnego momentu. I że problem zniknie sam z siebie gdy kulturowe różnice wzajemnie się w sobie rozpuszczą, tworząc jednorodną jakość. Rasowo-kulturową. Etap końcowy harmonizacji ras mógłby przykładowo wyglądać tak.
Obraz Jerzy Górecki z Pixabay
Obraz Mystic Art Design z Pixabay
Obraz Mystic Art Design z Pixabay
Obraz Nathanel Love z Pixabay
Obraz Enrique Meseguer z Pixabay
Obraz SilviaP_Design z Pixabay
Na bazie przyznanego bułgarskim Romom statusu mniejszości narodowej oraz uruchomieniu europejskiego funduszu socjalnego wsparcia, otrzymują oni specjalny zasiłek typu Cygan+ do którego którego prawa nie mają sami Bułgarzy, choć mają oni identyczne paszporty. Pojawia się tutaj dziwne zjawisko dyskryminacji autochtonicznej, większościowej grupy społecznej (choć z tym akurat określeniem można polemizować).
Ze względu na obowiązujące na całym prawie świecie pierwszeństwo rachunku ekonomicznego nad logiką, przyzwoitością, wyobraźnią i sprawiedliwością, mniejszość romska grzecznie korzysta z tej okazji. Bardziej i przyjemniej opłaca się rozmnażać, co robią z wielkim zaangażowaniem, nie zawracając sobie głowy jakąś edukacją dzieci i takimi tam. One są jak wróble – same o siebie zadbają. Codzienne podtrzymywanie dochodu pasywnego (w łóżku), piwko w barze, papierosek i wielogodzinne przesiadywanie w barze – tego wcześniej nie mieli. Im to się teraz poprostu należy! A to potrafi irytować cieżko pracujacych, byle jak opłacanych „większościowców” i wcześniej czy później sprowadzi na wszystkich problemy.
Z powodów dla większości z nas oczywistych, prawie połowa młodych Bułgarów wyjechała za chlebem, zostawiając po sobie przestrzeń dla eksplodującej populacji cygańskiej. Użyłem tego określenia świadomie aby w odróżnieniu od Romów zamieszkujących kraje północno-europejskie zaznaczyć jej egzotyczny charakter. Niektórzy mieszkańcy miasteczek (wsie już są prawie wyludnione ze względu na upadającą infrastrukturę) są przerażeni, ponieważ Cyganie włamują się do domów nawet w ciągu dnia, wspinają się po balkonach okradając ich. Taki jest najczęściej skutek edukacji przez obserwację w tej akurat grupie. Daleki jestem od stwierdzenia, że patologiczne zachowania są w tym środowisku w stu procentach powszechne. One są w odróżnieniu od skromnych, uczciwych Romów po prostu widoczne. Obraz możemy dopełnić widokiem głośno mówiących, przeklinających, plujących i smarkających na ulicy bez żadnego skrępowania przedstawicieli mniejszości romskiej.
Skutki zaniechania reakcji nie zawsze są na pierwszy rzut oka widoczne. Przykładem odprysków badziewiatego wychowania może być obserwacja zbiorów kwiatu lipy na terenie miasta. Gdy przyjdzie odpowiedni czas, romskie wyrostki wskakują na drzewa (również na terenie szpitala) i niczym stado pawianów demolują je, łamiąc gałęzie i strącają na ziemię. A tam już czekają niechlujne „baby” i oskubują z pożądanego surowca. Jeśli drzewa rosną na „trawnikach” przy krawężnikach, zamiatane ze śmieciami i pyłem trafiają do worków na zbiory i odstawiane do punktów skupu. Ze względu na brak zaufania do procedur kontroli sanitarnych przy i po skupie skupie, niektórzy wolą nie kupować tego akurat produktu w aptece.
Opisuję to wszystko aby wykazać, że generalnie dzielenie społeczeństw (budowanie i utrzymywanie barier światopoglądowych) nie jest rozumnym rozwiązaniem. Tworzenie sztucznych podziałów jest bez sensu, również dlatego, że często prowokują najpierw mentalną, poźniej werbalną i na koniec fizyczną przemoc.
Świat ze swoją technologią, szczególnie komunikacją (jak personalną tak i wirtualną) dynamicznie się rozwija, otwierajac na wymianę różnych, często odmiennych kultur i idei. Zawsze tak było. Taki Londyn np. bez swojej różnorodności byłby mdły jak flaki z olejem. Ulicami dalej przechadzaliby się panowie w melonikach z laseczką w dłoni oraz nobliwe panie w swoich kapelusikach. Czy tego chcemy czy nie, świat dąży do wzajemnego mieszania ras i kultur i nie będzie nas pytał o zdanie. Ruchy migracyjne, niezależnie czy dotyczą ludzi czy zwierząt są moim zdaniem wymuszane przez samą naturę, niecierpiącą dysproporcji. Również pomiędzy społecznościami. Zawsze dąży do równowagi, bilansowania energii, a stawianie się jej z jakimiś rozwiązaniami administracyjnymi jest jak tłumaczenie stadu bizonów aby były grzeczne i się pasły tam gdzie stoja, a nie deptały prerii od Newady po Kanadę. Księgowi wiedzą co mam na myśli wspominając o bilansowaniu.
Dowodem na to, że nierozwiązywany problem (zdradzanych w pewien sposób przez lepiej sytuowanych) mniejszości narodowych potrafią się mścić jest poniższy dokument.
Gangi w Bułgarii
W dzisiejszych czasach nie jest to problem jedynie lokalny i dotyczy nas wszystkich, więc należy go traktować globalnie. Grzech zaniechania zemści się okrutnie a popularne dziś hasła nawołujące do izolacjonizmu pod sztandarami wolności, niezależności i podobnymi przyspieszą proces destrukcji każdego kraju którego dosięgnie zaraza. Dlatego jestem zdania, że należy zapomnieć o urazach, pretensja i pozostałych duperelach i współpracować nad prawdziwym problemem – przyczynami. To zupełnie jak z klimatem który dotyczy wszystkich.
Zakładając, że uda nam się uniknąć opcji użycia czerwonego przycisku, będziemy mieli szansę przemieszania się za kilkaset lat większości ras, idei w jedną uniwersalna, satysfakcjonującą większość i doprowadzić do zainicjowania powszechnej, zbiorowej świadomości. W przeciwnym wypadku czeka nas nowy początek z takim oto hipotetycznym przedstawicielem rasy, który aby przetrwać zmuszony jest ganiać się z pancernikami po pustyni.
I na koniec - trzy zdjęcia które osobiście polecam do przemyślenia w korelacji do całego materiału.
Kompozycja Natury. Doskonała harmonia. Świetny gust.
Kompozycja Homo Combinatus Cvaniakus. Doskonała dysharmonia. Totalne bezguście.
Kompozycja romska w dysharmonii z dominującym jeszcze ciągle społeczeństwem.
Zdjęcia: Canon EOS 1000D