Jako dziecko, podobnie jak inni, miewałem koszmary w których tropił mnie w jakimś domu wielki lew. Chowałem się w szafach, zamykałem w łazience, a z niej przez lufcik wymykałem się na balkon. Gdzie bym nie uciekł zawsze mnie wytropił i był o krok za mną. Bałem się we śnie, a kiedy ten się kończył docierało do mnie, że mój prześladowca nie jest realny.
Strach jako taki nie istnieje, jest jedynie projekcją umysłu, napierającą do świadomości gdy pojawiają się ku temu odpowiednie okoliczności.
Podobne stwierdzenia możemy usłyszczeć z ust 200 letnich mistrzów Kung-Fu, uzbrojonymch w białe brwi do pasa podczas oglądania niskobudżetowej, komiksowej chińszczyzny. W odróżnieniu od samego filmu, powyższą frazę należałoby potraktować z uwagą pomimo, że wklejona do dialogu wydaje się górnolotnym, abstrakcyjnym ozdobnikiem, którego z założenia tworców i tak pewnie nikt z oglądaczy ani nie zrozumie, ani nie będzie się chciał wgłębiać w jej szczególne znaczenie. Ale brzmi cool. A szkoda.
To, że strach jako taki nie istnieje nie oznacza, że sytuacja która go sprowokowała jest bez znaczenia. Odczuwany strach jest reakcją umysłu (podświadomość?) na zagrożenie (realne lub wyimaginowane) a jego „funkcją” jest ostrzeganie i wywieranie presji do zdecydowanego działania, celem eliminacji jego przyczyny. Można więc powiedzieć, że jest naszym sprzymierzeńcem i ochroniarzem.
Sprawy się komplikują, gdy lęk wymyka się naszej kontroli. Powiedzmy, że podczas oglądania nieśmiertelnego niczym "Kevin sam w domu" kolejnego odcinka „Jaka to Melodia” dławimy się frytką i krztusząc tracimy oddech. Sytuacje gdy organizm pomyli symetrycznie instalowane rury się zdarzają. Jesteśmy sami w mieszkaniu, wybiegamy na balkon i nadajemy alfabetem semaforowym SOS w kierunku przechodniów. Zjawia sie ratownik, wali pomiędzy łopatki aż frytka ląduje w akwarium, a my cali szczęśliwi i wdzięczni zapraszamy na herbatkę.
Wszystko ładnie i pięknie, ale naszemu ratownikowi się nie spieszy, delektuje się wygodnym fotelem i sięga po pilota. To jest właśnie ten brak kontroli o którym wspomiałem. Obowiązkiem strachu jest zrobić swoje i wypad... Jeśli mu pokażemy że się go boimy, nie staniemy w obronie naszej niezależności, rozgości się w naszym mieszkaniu (umyśle) na stałe. Wyprosić takiego sublokatora można jedynie stając z nim do konfrontacji. Brutalnie mówiąc, zamiast ganiać się po całym domu ze swoim lwem czy niedźwiedziem, powinniśmy się zatrzymać odwróćić do niego i spojrzeć w oczy. Nie uciekać tylko konfrontować. Wtedy strach się rozpuszcza a niedzwiedź okazuje się być pluszową koalą a groźny lew kotkiem.
Pewna dziewczynka każdą noc była ścigana przez wielkiego goryla. Ten wreszcie zagonił ją na skraj przepaści zmuszając do zatrzymania. Zastraszona i bezradna, odwróciłą się do swojego prześladowcy pytając – i co teraz? „A skąd mam wiedzieć moje dziecko? To przecież twój sen”.
Reasumując – uciekanie przed wyzwaniami jakimi mogą być przeszkody (nazywane często niesłusznie problemami) wynika z lęku przed konfrontacją z nimi. A lęk jest jedną z głównych przyczyn agresji. Kłania się w tym momencie określenie „odpowiedzialność”.
Źródło: Pixabay
Przejdźmy teraz do bardziej pogodnego tematu jakim jest radość. Uważana słusznie za lek na serce i kondom przecidepresyjny. Abyśmy wiedzieli o czym rozmawiamy zróbmy minimalny wysiłek klikając na załączony tu link. Tak, tak właśnie ten – bardzo dobrze
Nie chodzi o sam klip ale o wrażenie, ile radości potrafi dać publice ta 13 latka (Yumna Ajin – Indie). A ja nie mogę się napatrzeć widoku szczęśliwych ludzi, dlatego robi to na mnie takie wrażenie. Mam dość ponurej rzeczywistości, pełnej frustratów i zestresowanych smutasów, stroniących od żywych, wesołych ubiorów. Mam takie wrażenie, że smutek i powaga to jakieś białaskie wymysły, uważane za pozytywną cechę.
Większość z nas ma świadomość, że to co się dzieje w umyśle ma swoje odbicie w zachowaniu ciała a konkretnie stopnia napięcia jego mięśni. Nie dotyczy to jedynie stworzeń ludzkich, popatrzmy na pracę ciała atakującego lwa i porównajmy do spokojnego, płynnego, pełnego gracji truchtu w innej sytuacji. Napięcie w umyśle – napięcie mięśni.
Obserwując zachowanie ludzi na sali mam wrażenie, że radość która im się udziela rozpuszcza wszelkie blokady w obu sferach, subtelnej w umyśle i w następstwie tego fizycznej w mięśniach. Pozwala to potwierdzić znany fakt, iż taniec potrafi uzdrawiać. Dochodzi podczas niego do pewnego rodzaju synchronizacji, gdy ciało i stan umysłu (dusza?) stanowią jakby jedną, wyjątkową istotę. I wszystko to sprawia muzyka i śpiew, czyli wibracja. Takim ale jakże silniejszym efektem mogą się popisać tańczący derwisze (oryginalnie z Konya w Turcji) wpadający podczas wirującego tańca w rodzaj transu, który nazywają zespolenie z bogiem. Mam w tym miejscu pewne wątpliwości, ale niewątpliwie stanowi dla nich przeżycie duchowe. Tak czy siak, ludzie których atakuje szczęście pragną tańczyć, a ci którzy już tańczą są szczęsliwi.
My tu mamy gadających po mandaryńsku, ściągających z nas nawis inflacyjny psychoterapeutów, chemię i alkohol, czasem jakieś inne świństwa, pozwalające się rozluźnić na tyle aby do reszty nie zesztywnieć. A te biedaki na wschodzie często mają prohibicję, fajki są źle widziane a ćpanie się kończy w małym, ciemnym pomieszczeniu. Wystarczy im koncert i wspólna zabawa na ulicy, w jakiejś skromnej świetlicy. Nie chodzę na koncerty, może tu jest podobnie, ale to co demonstrują te kolorowe, szczęśliwe w tym momencie postacie robi wrażenie. Przynajmnie na mnie.
Czas na mnie, idę się rozluźnić bo mnie akurat prohibicja nie dotyczy.