Jeden z najbardziej niedocenianych albumów w dziejach. Opatrzony wspaniałymi melodiami i aranżacjami, pokazuje bardziej ambitne oblicze grupy Kiss. Mamy tu bowiem do czynienia z concept albumem, gdzie wszystkie utwory są ze sobą powiązane tekstowo.
Dominują tu wolne melodie utwory z dostojnymi, niemal patetycznymi czy wręcz melodiami. Momentami robi się wręcz dramatycznie, jak w "A World Without Heroes" z powalającym solem Paula Stanley'a czy w epickim "Odyssey". Zaś w miniaturce "Fanfare" wręcz przenosi nas w średniowieczne klimaty.
W chwili wydania był to klapa finansowa i do dziś jest to jedna z najsłabiej sprzedających się płyt w karierze tego zespołu. Kiss był wcześniej znany z typowo rozrywkowego grania, zaś fani nie byli gotowi na coś tak radykalnego. Także ówczesny, kiczowaty image zespołu nie pasował do zaprezentowanej tu muzyki muzyki. Stąd słabe przyjęcie.
Projekt ten był przede wszystkim pomysłem duetu Paul Stanley-Gene Simmons. Gitarzysta Ace Frehley nie był zadowolony z kierunku jaki obierają koledzy i uważał, że należy powrócić do stylu z początków działalności. Mimo to zdecydowano się na nagranie nietypowego concept albumu. Początkowo miała to być muzyczna trylogia, w planach był także film, w których pojawiłaby się muzyka z omawianego longplaya. Jednak klapa tego dzieła pokrzyżowała wszystkie plany i na następnym "Creatures of the Night" muzycy powrócili do bardziej konwencjonalnej stylistyki. Dla mnie "Music from 'The Elder'" to najlepszy ich album, nietuzinkowy i niesamowicie intrygujący, a przy tym stanowi on stanowi miłą odskocznię od innych dzieł tej kapeli.
Jeśli miałbym wskazać najlepsze utwory to wśród z nich zdecydowanie znalazłby się "The Oath", oparty na ostrym, heavymetalowym riffowaniu - taki zabieg był rzadko stosowany wcześniej na albumach Kiss i był chyba wzorem dla koncepcji nagrywania "Creatures of the Night". Świetny jest również oparty na dostojnej melodii "Just a Boy" czy wspominany wcześniej "A World Without Heroes". W "Odyssey" warto zwrócić uwagę na nietypową barwę głosu Stanley'a, a także na porywającą solówkę, która nieodparcie kojarzy się z twórczością Queen. Z kolei rozpędzony "Escape from the Island" to, wraz z "Fanfare", jeden z niewielu instrumentali w dorobku Kiss.
W tym momencie warto wspomnieć o zremasterowanej wersji z 1997 roku, na której zdecydowano zamienić kolejność utworów, tak by całość układała się w bardziej spójną opowieść pod względem tekstowym. Wersja z 1981 r. trochę kulała pod tym względem. Także dwa ostatnie kawałki oryginalnego wydania ("I" oraz "Finale") zostały połączone w jedną. Jednak oba wydania zasługują moim zdaniem na taką samą ocenę. Link poniżej prezentuje wersję zremasterowaną.
Wiele dobrego można pisać o tym albumie, ale wystarczy po prostu posłuchać i samemu ocenić: