Damy i dżentelmeni, oto one.
Żywe skamieliny, kinowe eksponaty i chodzące pomniki ery, w której scenariusz pisało się na serwetce w pubie, a budżet na efekty specjalne wydawano w całości na materiały wybuchowe, cygara i sterydy.
Bezwzględna geriatryczna reprezentacja kina akcji, która próbuje nam wmówić, że kręgosłup łamie się pod samym spojrzeniem siedemdziesięciolatka.
Sylvester Stallone: Od marzyciela do bezmyślnego młota
Kiedyś Sly grał wrażliwców. W pierwszym Rockym był lekko zagubionym młodzieńcem z Filadelfii, który walczył o to, by po piętnastej rundzie nie wypluć własnej śledziony. W pierwszym Rambo był złamanym weteranem z PTSD. Była w tym duszyczka, był strach, była niepewność.
A potem coś pękło.
Stallone przeszedł ewolucję: od wyznawcy melancholii do jednoosobowego plutonu egzekucyjnego. Współczesny schemat filmu ze Stallone’em (Niezniszczalni, Rambo 5, Tulsa King) jest prosty jak budowa cepa:
• Groźba: Dziadek Sly wchodzi do pomieszczenia, pachnie tytoniem i maścią na stawy, po czym rzuca ultimatum: „Albo się dogadamy, albo wpierdol”.
• Finał: Zapowiedziany i wyegzekwowany wpierdol z lekką zadyszką.
Zero ryzyka, zero napięcia, zero twistów. Stallone przestał grać bohaterów walczących o przetrwanie, a zaczął grać swoje własne wyobrażenie o tym, jak bardzo jest twardy.
Liam Neeson: Wyrok za „Uprowadzoną”
Liam Neeson to przypadek wręcz tragiczny. Mówimy o człowieku, który dostał nominację do Oscara za Listę Schindlera i grał u Nolana oraz Lucasa. I wtedy nadszedł rok 2008, a wraz z nim film Uprowadzona i słynny monolog o „szczególnym zestawie umiejętności”.
Ten tekst stał się dla Neesona dożywotnim wyrokiem. Hollywood odkryło wzór idealny: dajmy Liamowi pistolet, dojrzały wiek, porwijmy mu córkę albo coś i patrzmy, jak zarabia miliony.
Od 18 lat Hollywood serwuje nam wciąż ten sam schemat, tylko w innych środkach lokomocji.:
• Non-Stop – stary facet bije ludzi na wysokości 10 000 metrów.
• Pasażer – stary facet bije ludzi w PKP.
• Lodowy szlak – stary facet bije ludzi na lodzie.
Problem polega na tym, że ponieważ Liam jest już po siedemdziesiątce, reżyserzy muszą stosować 15 cięć montażowych w ciągu 3 sekund tylko po to, żeby pokazać, jak jego bohater przeskakuje przez płot. Widz nie czuje już podziwu – czuje lekki niepokój o jego stawy biodrowe.
Steven Seagal: Mistrz sztuk walki na siedząco
Jeśli Stallone jest czołgiem, a Neeson zmęczonym pociągiem, to Steven Seagal reprezentuje absolutne dno kinowego ekosystemu. To twórca unikalnego podgatunku: Seagal-Sitting-Action.
W pewnym momencie swojej kariery Steven podjął przełomową decyzję: po co ma stawać na planie zdjęciowym, skoro może po prostu siedzieć?
Współczesny film ze Stevenem Seagalem polega na tym, że mistrz spędza 80% czasu ekranowego na fotelu, za biurkiem albo w samochodzie. On nie ściga przestępców – to przestępcy muszą do niego podejść, żeby mógł ich pobić.
Nikt w historii kina nie obezwładnił tylu najemników samym mruganiem oczami.
Kiedyś faktycznie było lepiej (Nico).
Arnold Schwarzenegger: Kreskówka z Austrii
Arnold to architekt tego absurdu, ale ma nad resztą jedną ogromną przewagę: autoironię.
Podczas gdy Stallone cierpi na kompleks niedocenionego poety, a Seagal szczerze wierzy, że jest niebezpiecznym komandosem, szpiegiem, niepokonanym mistrzem wszelkich sztuk walki, Arnie zawsze wiedział, że jest charyzmatycznym koksem z Austrii z akcentem tak gęstym, że można nim robić drogi zamiast asfaltu.
Conan- spoko nikt nie wymagał dramaturgii na tym etapie kariery.
Terminator- doskonały trudno wyobrazić sobie kogoś innego.
Predator, Commando – Esencja Arnolda.
Gdy w Commando nosi pnie drzew, rzuca samochodami i wysadza wyspę rzucając sucharami, dokładnie wiemy, na czym stoimy. To jest żywa wersja królika Buggsa z większą klatką piersiową.
Jednak i u niego zegar biologiczny zrobił swoje. Oglądanie Arnolda w nowszych Terminatorach, gdzie gra cyborga sprzedającego zasłony i wygłaszającego smutne „Jestem stary, ale nie przestarzały”, to autoironiczny teatr.
Odcinanie kuponów od legendy z lat 80.
Niektórzy chcą dołączyć i również odcinać kupony, nawet jeśli nigdy nie grali mięśniaków.
Film „Nobody” (w Polsce wydany pod tytułem „Nikt”) z Bobem Odenkirkiem to wręcz podręcznikowy przykład tego schematu. Choć Odenkirk kojarzy się głównie z rolą sprytnego prawnika Saula Goodmana z Breaking Bad, w tym filmie przeszedł niesamowitą metamorfozę. I też się spoko ogląda, zwłaszcza pierwszą część. Ale to już bardziej komediowa, absurdalna wersja Johna Wicka, niż cokolwiek innego.
Pominąłem wielu aktorów, którzy mogliby tu trafić.
Pominąłem JCVD, Chucka, Dolpha i paru innych, bo nie chcę się pastwić nad karierami w trakcie udaru (albo nawet faktycznie martwymi).
Pominąłem Toma Cruise’a, Keanu, Bruce’a Willisa, Mela Gibsona, bo ich szanuję za dystans do siebie i robią po prostu lepsze filmy, mimo wszystko.
Jest jeszcze Will Smith… To taki Seagal z palmą odbitą jeszcze wyżej, tylko jeszcze się rusza. Zasługuje na osobny rant.
Zawał na planie filmowym
Wymienione w głównej rozprawie dinozaury blockbusterów odmawiają wymarcia.
Umieściły się w bańce czasowej napędzanej nostalgią i bezczelnością.
I pewnie, da się to oglądać. Jak nie ma nic lepszego na streamingu. Ale to nie jest już TO kino akcji. To geriatryczny oddział zamknięty z dużym budżetem na pirotechnikę i efekty specjalne.