Witajcie!
Listopad był ciężkim miesiącem dla mnie, ponieważ dużo się zmieniło. Choć nie można powiedzieć, że był najgorszym, bo jednocześnie otworzył mi oczy na pewne sprawy i za to będę mu wdzięczna, ale od początku...
W pierwszych dniach miałam pomysł, aby powtórzyć to samo co parę miesięcy temu, czyli codzienne posty, lecz po kilkunastu dniach niestety się nie powiodło. Myślę, że, tak czy siak, nie dałabym rady z tym, ponieważ jednak teraz nie mam czasu, więc nie mogłabym tego dokończyć.
Spotkała nas świetna, kolorowa (choć czasem ponura) jesień.
Ja nadal siedziałam w domu na e-lekcjach i jakoś ten czas mijał.
Sprawy zaczęły się komplikować, gdy mój piesek zachorował i niestety po paru dniach odszedł. To był dla mnie ciężki czas, ponieważ był to mój psiak od dzieciństwa i kochałam go jak mojego braciszka. Mimo że wiedziałam, że w tym roku to nastąpi, to mimo wszystko nie byłam na to przygotowana, bo czy da się przygotować na śmierć kogoś bliskiego?
Mam nadzieję, że jest już za tęczowym mostem i jest mu tam lepiej.
Mało skupiałam się na sobie w tamtym czasie, a bardziej na drugim piesku, który pozostał sam. Musiałam coś wymyślić i podjąć pewne decyzje, które mam nadzieję, że okażą się słuszne i dam sobie radę z nowymi wyznaniami, ale o tym napiszę już w innym poście.
Robiłyśmy z moją siostrą dużo prac plastycznych, a tutaj jedna z nich:
No i na końcu miesiąca spadł śnieg! Tutaj macie parę zdjęć, których nie dodałam w poprzednim poście:
pan jeż mojego rodzeństwa
rozwalający się bałwan
Do usłyszenia!