Zacznę od tego, że uwielbiam serwisy typu Filmweb czy lubimyczytać.pl, a to głównie dlatego, że czerpię wielką satysfakcję oceniając jakiś tytuł, dodając go tym samym do wora obejrzane/przeczytane. Przyznaję również, że bardzo często kieruje się oceną danego dzieła, ale nie jest to jedyny czynnik. Za miarodajne uważam nieco bardziej rozbudowane komentarze na temat danego filmu/książki, zwłaszcza jeśli ktoś porównuje dzieło do takiego, które już znam. Dzięki temu wiem, czego mniej więcej mogę się spodziewać.
Najczęściej jednak listę książek/filmów, z którymi chciałbym się zapoznać przygotowuje dużo wcześniej w oparciu o najróżniejsze rankingi (np. "100 tytułów BBC"). Czytam opinie na różnych forach oraz bardzo polegam na rekomendacjach znajomych (a zwłaszcza takiego jednego, który zdaje się być bardziej zagorzałym czytelnikiem i kinomanem niż ja, a ma wyjątkowo zbieżny gust).
Z sentymentem jednak wracam wspomnieniami do czasów, gdy jako dzieciak "oceniałem książki po okładce" i wypożyczałem z biblioteki te, które zaintrygowały mnie frontem lub tytułem, kompletnie nie mając pojęcia co tak naprawdę mnie czeka. Była to prawdziwa loteria czytelnicza, ale naprawdę rzadko trafiały się pechowe losy.
RE: Pan Maruda, czyli jak przestałam odwiedzać serwisy czytelnicze i pokochałam chaos