No cóż myślę że w tym kontekście pojechałeś za bardzo i nie zdajesz sobie sprawy z pewnych kwestii związanych z nauczaniem jakie miały miejsce jeszcze kilkanaście lat temu. Nie napisałeś ile córka tej pani miała lat ale wnioskuje że skoro mama się interesowała je zeszytem to raczej mniej niż 16. i powiem ci tak z perspektywy ofiary systemu nauczania który jeszcze królował w naszych szkołach 10 - 20 pare lat temu że niema nic gorszego niż ganienie ucznia w takim wieku za to że coś źle liczy i źle robi. w pierwszych klasach podstawówki zarówno ja jak i mój najlepszy wtedy kolega byliśmy raczej całkiem dobrymi uczniami z matematyki. Potem po skonczeniu pierwszych 3 klas zmieniło sie oczywiscie grono nauczycieli i z matematyki dostalismy taką "sumienną" nauczycielkę która wszystkim bardzo "pragneła wytłumaczyć" . Była taka "sumienna" w tym tłumaczeniu że pewnego dnia gdy wzięła kolege do tablicy gdy ten kompletnie nie rozumiał zagadnienia to uderzyła jego głową o tablicę. (co z resztą zdarzało się też innym)
To była stara prukwa więc pewnie ten nwayk pozostał jej jeszcze z czasów gdy nauczała naszych rodziców gdzie do tego kompletu "metod wychowawczych" dochodziło pewnie jeszcze walenie kijem po łapach i inne sadystyczne rozrywki "krzewicieli oświaty". Zarówno ja jak i kolega musieliśmy odnieść pewnego rodzaju traumę do tego przedmiotu gdyż od tamtego czasu nasze oceny znacznie sie pogorszyły a niechęc do matematyki urosła do tego stopnia ze ledwo kończyliśmy ten przedmiot.
Potem poszliśmy do gimnazjum bo to był jeden z pierwszych roczników które sie załapały. Tak się złozyło że praktycznie cała nasza klasa przeniosła sie do tego samego miejsca, i tam w pierwszym roku mieliśmy taka nauczycielkę która miała takie właśnie Szwedzkie podejście do nauki. Plusowała za aktywnośc nie ważne czy umiałeś czy nie tylko czy chciałeś spróbować. Nie przepytywała wyrywkowo tylo każdy miał sie przygotowywac do dobrze zapowiedzianych wczesniej kartkówek czy tez sprawdzianów. a kazdy uczeń któremu nie poszło dobrze na 1 mógł pisać poprawkę.. i wiesz co? nagle z tłuka matematycznego stałem się prymusem któremu zdarzyło sie nawet zdobywać celujące oceny z kartkówek i sprawdzianów własnie dlatego ze nikt mnie nie zniechęcał i nie stresował do nauki tym że jak czegoś nie umiałem np na tablicy czy tez podczas niezapowiedzianych kartkówek i sprawdzianów to przedstawiał mnie jak tłuka i oceniał moje "zaangażowanie". Przychodziłem na lekcje po prostu niezestresowany i spędzałem miło tą godzinę czy też 2 więc zamiast się wyłączać i czaić cały czas zeby nie być zapytanym cy tez wywołanym do tablicy sam się chętnie zgłaszałem bo wiedziałem że dostanę + niezależnie od tego czy będe umiał czy nie co wiecej nikt mnie nie będzie upokarzał z powodu tego że nie umię tylko doceni moją chęć spróbowania. Z kolei dobrze zapowiedziane kartkówki i sprawdziany o ustalonych terminach skutkowały tym że tak sobie rozplanowąłem czas domowy ze znalazłem zawsze czas zeby sie do nich dobrze przygotować co z resztą nie było w ogóle trudne ponieważ atmosfera jaka panowała na lekcjach sprawiałą ze tylko idiota nie był wystarczająco przygotowany ;] I pewnie gdybym miał z tą naucyzcielką matematykę juz do końca to skończyłbym jako matematyczny prymus niestety okaząło sie ze chorowała na raka i rok później ją wymnienili na świeżo upieczona studentkę która równiez wyznawała zasadę "pilnego nauczania" i z ucznia który skończył ze średnią 4,5 znów stałem się nogą matematyczną.
Także jeśli masz coś jeszcze do powiedzenia to śmiało ale moim zdaniem ten twój wpis to zamieściłeś poprostu bez żadnego zastanowienia się nad tematem ;]
RE: Nowa normalność w szwedzkiej szkole.