Dune recenzja bezspoilerowa

Words
2198
Reading
10 min
Listen
Play
5y

Dune POL.jpg

Jak kilkukrotnie pisałem na tym blogu i zapewne co najmniej raz wspomnę w tym tekście, znam "Dune" od dziecka. Moja pierwsza styczność z tym tytułem, to gra "Dune 1" od studia Cryo Interactive (gra przygodowa z elementami strategii). Grałem w nią krótko, dosłownie kilka dni, bo przyszedłem z mamą odwiedzić wujka, który wówczas zaszczepił we mnie miłość do gier z gatunku RTS. Wtedy po raz pierwszy zagrałem w grę, która zbudowała podwaliny pod mój ulubiony rodzaj komputerowej rozgrywki. Tym razem ten tytuł stworzyło Westwood - studio które później da światu dwa bardzo ważne produkty - "Command and Conquer" i "Command and Conquer: Red Alert". "Dune 2" zestarzał się w gorszy sposób niż "Doom 1", ale nadal ma swój klimat, a niektóre elementy zostały dobrze potraktowane przez nieubłagany upływ czasu. Książkę przeczytałem po raz pierwszy mając 10, może 13 lat. Podobała mi się, ale jak to dziecko - nie byłem w stanie jej docenić będąc młodą, ludzką istotą. Co innego film Davida Lyncha, który z niezrozumiałych dla mnie powodów był tak krytykowany. Była to całkiem niezła adaptacja książki - fakt, miała pewne uproszczenia względem pierwowzoru, pewne rzeczy przedstawiono zbyt szybko, ale patrząc z perspektywy wszystkich znanych mi adaptacji książek w ogóle, to Lynch poradził sobie naprawdę nieźle. Patrząc z perspektywy nowej adaptacji, to mogło być dużo gorzej. No właśnie, nowy film... Ten też ma swoje wady, ale daleko mi do krytycznych opinii niektórych recenzentów, czy też zachwytów dających temu filmowi oceny rzędu 9/10, czy 10/10. Bliżej mi do tej drugiej grupy.

D1.jpg

D5.jpg

D6.jpg

Czy w filmie było zbyt dużo gadania, nudy i był nadmiernie przeciągany? Uważam, że nie. Tzn. tak, niektóre fragmenty były zbyt długie lub źle je przedstawiono (i mam tu na myśli przede wszystkim finał - spotkanie z Fremenami i Chani), ale moim zdaniem ludzie, którzy krytykują film pod tym względem, przesadzają. Albo inaczej, dziwię się tym, którzy interesują się filmami jak ja - lubią je oglądać, zwracają uwagę na jakość wykonania na różnych polach - kreacji bohaterów, scenariusza, wykorzystania jego potencjału, reżyserii, tempa, montażu i innych. Mimo, że czasami sam nadmiernie krytykuję masowe kino rozrywkowe, to nie jestem żadnym miłośnikiem poważnego, gromko pierdnego kina. Liczy się dla mnie przede wszystkim fun, czy to ten dla ciała (efektowna akcja, montaż, ładne bohaterki, przedstawienie epickich lub batalistycznych scen), czy duszy (scenariusz, błyskotliwe dialogi, dużo dobrej symboliki i elementów duchowych, ogólnego skłaniania do przemyśleń). Dune dostarcza trochę przyjemności dla ciała oraz nieco więcej dla duszy. Pewnie narażę się fanom książek, ale "Dune", mimo całej mojej miłości do tego świata (a znam ją z gier, filmów i książek), trochę się zestarzał. Oczywiście, biorąc pod uwagę kiedy to powstało i jaki był stan wiedzy ówczesnych ludzi, to jest to dzieło imponujące, które zasłużyło na kult, jakim jest obdarzone. Patrząc jednak na najnowszą adaptację, z mojej perspektywy, to mimo kilku rzeczy, które autentycznie mi się podobały i uznałem za ciekawe (a przypomniałem sobie o ich istnieniu dopiero po ich zobaczeniu), wydawała mi się ona pusta. Jasne, film porusza wiele ważnych tematów, które są aktualne dzisiaj, czy raczej - szczególnie dzisiaj (odnalezienie swojego przeznaczenia, roli w tym świecie, podejściu do strachu i odwagi, hartowania charakteru, przedstawieniu fanatyzmu jego roli, zakulisowych gier politycznych, instrumentalnego traktowania religii na przykładzie działania zakonu Bene Gesserit), ale podczas seansu czułem jakby było ich za mało, a film był takim zlepkiem ładnych scenerii, mądrych haseł, które warto przynajmniej przemyśleń.

D2.jpg

D4.jpg

D3.jpg

Trudno mi to teraz ująć w słowa. Mogę też źle się wyrażać mając na myśli co innego, ale wydaje mi się że mimo wszystko można to było lepiej przedstawić. Bardziej nowocześnie oraz mniej odtwórczo względem książki i filmu Davida Lyncha. Zanim fani książek przygotują pistolety do odstrzelenia mnie za herezje, to dajcie mi skończyć. Film jest naprawdę dobry pod każdym względem, musiałbym wykazać naprawdę dużo złej woli, by w jakiejkolwiek kwestii skrytykować go za którykolwiek aspekt. W każdej kwestii, nawet powracając do kwestii z akapitu wyżej, jest IMO co najmniej dobry. Gdybym miał go ocenić w 10-stopniowej skali, to wydaje mi się że każdy ważny element tego filmu (a przynajmniej miażdżącą większość z nich), oceniłbym na 7/10. Po prostu widzę, jak np. bardzo doświadczony gracz w danym gatunku (np. RTS), ile można było zrobić w nowej grze z tego gatunku, a ile zrobiono. Wiem, może to brzmi śmiesznie z perspektywy osoby, która czasem podnieca się byle czym, ale tak po prostu czuję. Uważam, że stać było Denisa Villeneuve na nieco więcej, po "Arrival" lub zwłaszcza "Blade Runnerze". Ok, tam momentami bardziej się nudziłem, ale nie miałem takiego uczucia. Zapewne wynika to z tego, że tamte filmy po raz 1 oglądałem w dniu pracy, a "Dune" w sobotę. Jednakże dostrzegam w recenzowanej przeze mnie pozycji, większe pole do wykorzystania. Tamte obrazy, w moim mniemaniu, lepiej wykorzystały możliwości, jakie dawały im scenariusz lub wcześniejsze materiały i filmy. A zamykając klamrą ten i wcześniejszy akapit, jak to powiedział mój przyjaciel Łukasz - "Jak Dune jest przegadane, to już wiem że dzisiaj ludzie oglądają tylko popcornowe filmy." Zgadzam się z tym, nam obu również seans minął zaskakująco szybko. Jeśli chodzi natomiast o opinię mojej dziewczyny, to dla niej film był przegadany. Jednakże ona nie lubi tego typu filmów, jak również nie zna materiału źródłowego. Z drugiej strony, to opinie takich ludzi uważam za ważne w kwestii kolejnych części. Wielu nie zna tych książek, sama marka nie była zbyt silna w grach i serialach. Pierwsze wyszły dawno temu - średnie "Dune 2000" i ciekawa oraz dobra gra, aczkolwiek IMO znana przez niewielu graczy "Emperor: Battle for Dune". Drugie wyszły podobno... No, ich jakość była że tak powiem "dyskusja", co wynikało ze słabego budżetu. Dlatego opinia takich widzów jest ważna, a dla niej film był nudny.

D7.jpg

D8.jpg

A jeśli chodzi o fabułę, to "Dune" jest opowieścią dziejącą się wiele tysięcy lat po świecie, który obecnie obserwujemy. Jeśli dobrze pamiętam, to przed wydarzeniami z pierwszego tomu doszło do wojny między sztuczną inteligencją, a ludźmi (czyżby twórca "Terminatora" się nią inspirował? Hehe. Żartuję oczywiście, jak James Cameron wymyślił pomysł na ten film, to zapewne takie wizje na przyszłość nie były już niczym nowym). Nie pamiętam szczegółów, ale był to Dżihad Butleriański. Generalnie gdybym miał to streścić, to wyobraźcie sobie współczesne czasy, ale kilkukrotnie gorsze pod względem psucia się ludzkości. Jak to powiedział mój kolega Michał - coś jak w świecie "Wall-E" - ludzie oddają się czystemu hedonizmowi, nie rozwijają się, a kto stoi w miejscu ten się mimowolnie cofa. Przynajmniej w niektórych aspektach. Nawiązując do wcześniejszych akapitów, trochę żałuję że Denis Villeneuve starał się zrobić wierną adaptację 1 tomu, bo gdyby nieco bardziej rozwinął ten koncept kosztem książkowego pierwowzoru, to dostalibyśmy coś lepszego... Zakładając, że zrobiłby to dobrze. A potencjał jest duży, wystarczy sobie przypomnieć niedawną awarię Facebooka i odgłosy pękających dup influencerów, którzy nie mieli co zrobić z nadmiarem wolnego czasu.

D10.jpg

D9.jpg

Ok, już nie nudzę. Uniwersum wykreowane przez Franka Herberta jest jak "Legend of the Galactic Heroes" - ludzkość opuściła Ziemię, skolonizowała pozostałe planety, nasza populacja drastycznie się zwiększyła, stworzyliśmy technologię wykraczającą poza nasze wyobrażenia. Państw już nie ma, zastąpiły je rody władające planetami lub układami planetarnymi oraz organizacje działające jak nieznane nam korporacje, w sensie - korporacje działające na kosmiczną skalę. Mówię tu o Atrydach, Harkonenach, Gildii Planetarnej etc. Najważniejszą planetą w tym świecie jest Arrakis, szerzej znana jako Dune. Pustynna planeta, gdzie panują dużo gorsze warunki niż na Afrykańskich lub Australijskich pustyniach. Nie tylko z powodu temperatur, czy trudno dostępnej wody, ale również gigantycznych czerwi, które reagują na najdrobniejszy ruch i bez poruszania się w specyficzny, naśladujący pustynne wiatry sposób, spacer dość szybko skończy się pożarciem przez robaka. Ma jednak coś, czego nie ma w żadnym innym miejscu na świecie - Spice. Jest to substancja, która rozszerza percepcję postrzegania świata, przedłuża życie oraz umożliwia podróże kosmiczne. Włada nią Imperator, który przekazał władzę rodowi Atrydów, a zarazem odebrał Harkonnenom. Głowa tego drugiego rodu, Vladimir Harkonnen, nie mogąc się pogodzić z utratą uzależniającej przyprawy, jak również gigantycznych zysków, postanowił zemścić się na Atrydach.

D11.jpg

Obsada aktorska robi gigantyczne wrażenie, wystarczy popatrzeć na nazwiska - same znane twarze. Zebrano wielu utalentowanych aktorów (moim zdaniem, w niektórych przypadkach marnując ich potencjał - po co brać Josha Brolina do kilku dość standardowych scen?), czego w sumie nie widziałem od dawna poza filmami-eventami, jak "Avengers". Jest to przyjemny widok, gdy wszyscy istotni aktorzy nie schodzą poniżej pewnego poziomu i co najmniej dobrze realizują powierzone im zadanie. Pomijając przypadek Josha Brolina, to nie dostrzegłem nic złego. Jeśli chodzi o te "kontrowersyjne" przypadki jak zmiana płci jednego z bohaterów książki, czy wybór Timothée Chalameta do roli Paula, to nie przeszkadzają mi one. Pierwszy przypadek to postać z drugiego, a nawet trzeciego planu, bez większego wpływu na historię. Drugi przypadek... Cóż, Chalamet to chudy chłopak z mniejszą posturą niż Kyle MacLachlan (Paul z filmu Lyncha) i rozumiem ludzi, którym może to przeszkadzać, ale dla mnie było ok. Aktor zrobił wszystko dobrze, a jego gabaryty nie rzucały mi się w oczy podczas oglądania filmu. Jeśli chodzi o moich ulubieńców, to tylko Rebecca Ferguson zrobiła na mnie duże wrażenie. Nie oznacza to, że pozostali aktorzy wypadli słabo - wręcz przeciwnie. Po prostu żaden z nich nie wywołał we mnie efektu WOW. Co innego członkini zakonu Bene Gesserit - bardzo przyjemnie mi się oglądało, jak balansuje między jej obowiązkami wobec zakonu, a matczynymi uczuciami względem Paula. Czuć od niej było, że jest to silna kobieca postać, co niektórzy twórcy robią nieudolnie (jak np. Ray z nowej trylogii SW lub Mulan z nowej adaptacji Disneya). Bardzo dobrze korzysta z żeńskich atrybutów, które mężczyźni przejawiają o wiele rzadziej, a dodatkowo jej umiejętności aktorskie stoją na bardzo wysokim poziomie.

D12.jpg

Efekty specjalne i surowa stylistyka tego świata podobały mi się, ale nie powaliły mnie na kolana. Z wyjątkiem designu Ornithopterów, które wyglądają znakomicie, czy to podczas latania, czy gdy stoją na lądowiskach. Wydaje mi się jednak, że poza tymi samolotami można było je wykonać lepiej - może warto było zrezygnować z kilku znanych aktorów, a te pieniądze przeznaczyć na poprawę jakości efektów specjalnych i CGI? Najmniej podobały mi się tarcze, które w tym filmie wyglądają jedynie jak jakaś aura. Może nie dokładnie przyjrzałem się im podczas seansu, ale czy tylko ja mam wrażenie, że były jedynie ozdobnikiem? W starym filmie widzieliśmy jak broń powoli penetrowała tarcze, a wojownicy musieli równie "szybko" atakować, by uderzenie odniosło skutek. Tutaj wyglądało to znacznie lepiej i bardziej widowiskowo, ale odczuwałem dysonans poznawczy względem tego, co czytałem w książce i widziałem u Lyncha. Jeśli chodzi o resztę, to powtórzę się - było poprawnie, nie mogę użyć innych określeń jak "dobra robota", "7/10" etc. ale nie zobaczyłem niczego, co by zasłużyło na większą pochwałę. Miałem nieco większe oczekiwania po prześlicznym, acz szarym "Blade Runner 2049". Chciałem ujrzeć coś porównywalnego do tych neonów i hologramów.

D13.jpg

Co do muzyki, to standardowo nie rozumiem zachwytów nad Hansem Zimmerem. Może nie przeszukałem sieci zbyt dokładnie, ale trafiałem przede wszystkim na pozytywne opinie. Nie kwestionuję tego, że jest to utalentowany kompozytor, który nagrał sporo świetnych utworów (specjalnie włączyłem sobie 1-godzinną wersję motywu muzycznego do "Rain Man"), ale najlepsze lata ma już od dawna za sobą. Coś jak Steven Spielberg, który od lat nie zrobił naprawdę nic dobrego, a nadal jest podawany jako autorytet. Albo uczeń, który miał uzdolnionego brata lub siostrę lub szkoła podstawowa była również jego gimnazjum (nie wiem, czy tak to wygląda zagranicą - mówię w kontekście Polski za czasów, gdy sam byłem uczniem lub w czasach moich rodziców), a nauczyciele zapamiętali go jako dobrego ucznia i traktują go lepiej od innych, bo wyrobił sobie nazwisko. Ich wszystkich łączy to, że zbierają pozytywne opinie za nic. Żeby nie było, nie twierdzę że Zimmer od lat nagrywa słabe lub średnie utwory, bo czasami nagra bardzo dobry soundtrack, ale stać go zdecydowanie na więcej. "Dune" to kolejny przypadek, w którym odcina kupony od dawnej popularności, co czyni od lat. Czy to źle? To zależy. Ja mu nie zabraniam, życzę takiej pracy każdemu człowiekowi, ale to nie znaczy że nie powinien być poddawany ocenie. Gdyby ten soundtrack stworzył ktoś niedoświadczony, to oceniłbym go pozytywnie, ale wobec kogoś z dużym dorobkiem mam większe oczekiwania. Oczekuję od Zimmera czegoś więcej niż jedynie dobrej, rzemieślniczej roboty. Powtarzalnych, kliszowych piosenek, które były przewidywalne. Muzyka została dobrze dopasowana do scen video oraz pasuje do klimatu pustynnej planety Arrakis, ale żaden utwór nie zdobył mojego serca ani nie wywołał we mnie żadnych uczuć. Ot poprawna, kliszowa robota - jak u zdolnego, acz leniwego ucznia, którego stać na więcej, a zrobił tylko tyle, by dostać ni mniej ni więcej tylko 4 w 6-stopniowej skali. Nie zapamiętałem żadnego utworu w przeciwieństwie do filmu Davida Lyncha lub gry studia Westwood ("Dune 2"). Choć cenię sobie oba produkty, to nie łączy mnie z nimi aż taka nostalgia utrudniająca rzetelną ocenę. Aż sobie włączyłem soundtrack do starego filmu i jest o niebo lepszy od tego, co usłyszałem w adaptacji z 2021.

D14.jpg

Reasumując, "Dune" to po prostu dobry film i niezła adaptacja, ale nic więcej. Spodziewałem się świetnego filmu jak "Blade Runner 2049", czy "Arrival" do których będę wracał co parę lat (częściej nie, by nie popsuć sobie przyjemności z seansu), a dostałem jedynie dobry obraz. Poprawnie wykonana robota, nie żałuję straconego czasu, ale nie będę pamiętał o tym filmie za 10 lat poza faktem, że taka adaptacja miała miejsce. Takie 7 lub 7.5/10.

Dziękuję Michał za pomoc w recenzji ws. merytorycznych.

Dune recenzja bezspoilerowa | Ecency