Kiedyś rzadko oglądałem filmy lub seriale, które służyły wyłącznie jako wypełnienie mojego wolnego czasu. Głównie dlatego, że zazwyczaj oglądam to, co albo mnie zainteresuje albo ma wyjątkowo ciekawy trailer. Rzadko kiedy mam sytuację "nie mam co oglądać, więc zobaczę co tam pokazują w telewizji". Zawsze mam różne seriale, anime lub filmy - w zależności od mojego stanu emocjonalnego lub ilości wolnego czasu. Odkąd znalazłem swoją lepszą połówkę, to częściej oglądam filmy, których albo nie miałem w zakładce "plan to watch" albo były one tak daleko, że sam z siebie nie obejrzałbym ich chyba nigdy - ponieważ co roku takie dochodzą do mojego P2W i nie pamiętam już większości z nich sprzed 5-10 lat. Zazwyczaj nie mam zbyt wiele do powiedzenia o takich produkcjach, dlatego też postanowiłem przywrócić typ tekstu, który rzadko wrzucam na bloga - polecajki. Będą tu trafiały nie tylko filmy (choć one przede wszystkim), ale również niektóre anime lub seriale, które spodobały mi się, ale nie jestem w stanie napisać dłuższego tekstu na ich temat (lub uważam to za zbędne). Teksty będą zwarte, konkretne, bez przeciągania - same konkrety. Przynajmniej w teorii, bo niektóre tematy rozbuduję nieco bardziej.
Zacznę od tytułu, który urzekł mnie dokładnie z tych samych powodów, co "The Social Network". Ci z was co znają mnie spoza bloga lub śledzą go od paru lat, wiedzą że szczerość i brak cenzury (a przynajmniej w większości rzeczy, bo niektóre rzeczy lepiej przemilczeć), to jedne z najważniejszych dla mnie czynników. Zarówno w przypadku relacji międzyludzkich, jak i poznawania jakiegoś tytułu. Wiadomo, każdy człowiek ma swoją prywatność i mógł zrobić rzeczy, których wstydzi się przed światem i samym sobą, toteż nie zawsze wymagam 100% prawdy, zwłaszcza w sytuacji gdy nie mamy do czynienia z ewidentnie złą osobą, instytucją lub sytuacją. Nie lubię pudrowania rzeczywistości i udawania, że pewne wydarzenia nie miały miejsca lub przedstawiania ich w jednowymiarowy sposób - usprawiedliwiając lub demonizując daną stronę, w zależności od narracji (w kwestii tekstów, filmów, osobiste opinie prywatnych osób, które nie są osobami publicznymi, to co innego). Co innego w sytuacjach, które są mniej lub bardziej znane - jak np. toksyczne cechy ludzi, których nie da się ukryć (w przypadku Eltona Johna lub Marka Zuckerberga). Mój stosunek wobec Eltona Johna można opisać mniej więcej tak - ni ziębi ni grzeje. Jest wielkim artystą i muzykiem, co doceniłem dopiero przy okazji tego filmu (bo wcześniej nie zwracałem na niego uwagi, jak na wielu artystów, wiedziałem że jest utalentowany, ale nie wiedziałem z czego to wynika, czemu mu się przypisuje taki tytuł), ale nigdy nie byłem fanem jego twórczości i raczej się to już nie zmieni. Fakt, bardzo mi się spodobały jego piosenki, jak "I'm Still Standing", ten utwór do "Lion King" lub kilka innych, które "poznałem" dopiero przy okazji tego filmu, ale nie urzekły mnie na tyle, bym je sobie puszczał zamiast synthwave'u, eurobeatu, metalu, mocnego rocka lub techno. Niemniej jest to bez wątpienia kawał świetnej muzyki, która broni się sama mimo olbrzymiej konkurencji i upływu czasu.
Kiedyś Rafał Ziemkiewicz (dla czytelników spoza Polski - prawicowy publicysta, czasem gada bzdury, czasem jest hipokrytą, ale równie często ma trafne lub przynajmniej warte rozważenia spostrzeżenia, idiotą bym go jednak nie nazwał) powiedział o artystach, muzykach, aktorach, generalnie twórcach sztuki, że jeśli nie mają za sobą traumatycznego dzieciństwa lub przykrych doświadczeń, to często są nudni lub mało atrakcyjni. Czy tak jest, nie wiem, na pewno jest w tym jakaś mniejsza lub większa cząstka prawdy. Wnioskuję to chociaż po tym, że bieda, wyżej wspomniane negatywne doświadczenia lub inne, podobne czynniki sprawiają, że człowiek ma większą szansę na odniesienie sukcesu. Wydaje mi się, że wynika to z mocniejszego uczucia głodu w dążeniu do sukcesu, względnie bogactwa lub z faktu, że szybciej zrozumieli i przyswoili sobie lekcję, że w świecie rzadko kiedy dostaje się prezent od losu (nie mylcie tego z tym, że ktoś jest specjalistą lub miał szczęście w dzieciństwie do wyboru hobby - np. jak informatycy, którzy obecnie zarabiają 10-20 tysięcy PLN miesięcznie w porównaniu do 2-4 tysiący PLN u mnie i większości moich kolegów) i często trzeba sobie na niego ciężko zapracować. Idealnym przykładem na to jest właśnie Elton John - wrażliwy człowiek z głową pełną pomysłów w kwestii tworzenia muzyki i stworzenia niesamowitego show, który nie miał lekkiego dzieciństwa. Nie dość, że w jego domu nie było zbyt dużo miłości (czy to względem niego, czy matki), to jeszcze był traktowany jak dziwadło przez swego ojca. Gardził nim do tego stopnia, że się go wyrzekł się jego. Nie w sposób dosłowny, tylko jeszcze gorszy - okazywał mu mniej niż minimum zainteresowania, udawał że go nie zna, generalnie traktował go jak upośledzonego kolegę z czasów szkolnych, któremu najchętniej kazałby spierdalać z domu, ale nie robi tego przez kurtuazję i silnie zakorzenione, katolickie zasady. Czemu mówię, że tak jest jeszcze gorzej? Bo również doświadczyłem kilku nieprzyjemnych zachowań ze strony rodziny + znam doświadczenia moich rówieśników, kolegów, znanych ludzi. Lepiej jest gdy ktoś powie wprost, jak jest, zamiast udawać że jest inaczej. Jest to gorsze na samym początku, ale po krótszym lub dłuższym czasie, człowiek staje na nogi lub ma przynajmniej jasną sytuację, a nie tkwi w limbo pełnym fałszywej nadziei lub niepewności.
Nawiązując do poprzedniego akapitu, "Rocketman" jest w tej kwestii bardzo uczciwy. Pokazuje w bolesny sposób, co Elton przeżył w swoim dzieciństwie i jak to wpłynęło na jego życie, jak również nie ukrywa negatywnych cech tego człowieka. Przez swoje dzieciństwo jest egocentryczny, nie umie radzić sobie z emocjami, nadużywa narkotyków, generalnie stara się maksymalnie odciąć od swojego poprzedniego życia. Podobnie robią np. niektórzy ludzie transseksualni, niebinarni etc. Nie oceniam tej postawy, choć będąc uczciwym, przez większość swojego życia sam postrzegałem niektóre (mam na myśli skrajne przypadki) tego typu zachowania jako chore dziwactwa. M.in. dzięki temu filmowi ,zrozumiałem czemu tak robią i czemu ocena takich zachowań jest często zła. Często nie oznacza zawsze, bo jak pokazał "Rocketman", uciekając przed przeszłością, można popaść w przesadę w drugą stronę, popaść w stan wyuczonej bezradności lub uważać, że "ja jestem dobry, to cały świat jest zły". Elton na kilku etapach swojego życia, a zapewne jeszcze częściej niż pokazał to ten film, odczuł to w mniej lub bardziej bolesny sposób. Fakt, ze jest wybitną jednostką nie daje mu prawa do robienia czego chce ani do traktowania ludzi zgodnie ze swoim aktualnym stanem emocjonalnym. Bardzo mi się podobało to, że Elton mógł się nie zgodzić na pokazanie niektórych wstydliwych rzeczy z jego życia, a tego nie zrobił. Nie mówię tu o narkotykach, alkoholu lub przygodnym seksie - gdyby większość (tj. zarabiając tyle pieniędzy, by móc sobie na to pozwolić) ludzi mogłaby tak żyć, to tak by żyli. Dopóki taki emocjonalno-rozrywkowy rollercoaster nie trwa zbyt długo lub naprawdę się nie przesadza, to moim zdaniem nie ma nic złego. Życie często jest gówniane, więc jeśli to kogoś uszczęśliwia, to proszę bardzo. Albo inaczej, część z tych akcji nie była jakimś wybitnym odstępstwem od normy - w końcu nawet na ostatniej Eurowizji jeden z muzyków wciągnął ścieżkę amfetaminy, tak samo jak one night standy z chłopakami, dziewczynami lub upijanie się do nieprzytomności lub łączenie alkoholu z narkotykami. Jednakże przy kilku z nich odczuwałem coś w stylu żenady lub cringe'u i gdybym ja był na miejscu Eltona, to kazałbym część z tych scen pokazać w lżejszy, mniej kompromitujący sposób. On jednak tego nie ukrywał, przez co film wiele zyskał - nie był kolejną wygładzoną biograficzną produkcją, a nam łatwiej było się postawić na jego miejscu lub zrozumieć, że teoretycznie każdy z nas może osiągnąć sukces, o ile rzecz jasna zostaną spełnione pewne warunki.
Jeśli chodzi o wszystkie aspekty filmu (scenariusz, zdjęcia, muzyka, montaż, reżyseria, aktorzy), to nie mam się do czego przyczepić. Wszystko stoi na co najmniej dobrym, a często bardzo dobrym poziomie. Pomijając scenariusz i przedstawienie Eltona, o czym już szczegółowo napisałem, to najbardziej podobała mi się narracja "Rocketmana". Nie jest szczególnie oryginalna, wręcz mogę ją nazwać kliszową i powtarzalną. Nie wiem, jak to wygląda wśród nowych filmów o znanych muzykach lub zespołach muzycznych, ale często widziałem taki sposób prowadzenia scenariusza w starszych produkcjach, które widziałem jako młody widz czy to na VHS, czy w telewizji. Tzn. różne wycinki z różnych etapów życia artysty, które były złączone w jeden film przez kilka scen stworzonych w formie teledysku. Tu to jednak zrobiono bardzo dobrze - sceny wyglądają efektownie, aktorzy zagrali w przekonywujący sposób, a ich role były dobrze i uczciwie napisane, zachowywali się i mówili, jak większość ludzi - w szary sposób. Jak kilkukrotnie pisałem w swoich tekstach, mało który człowiek jest niemal czystym złem lub swoim analogicznym odpowiednikiem po dobrej stronie. Nawet dobrzy ludzie mają swoje mroczne strony, jak i ci źli czasem pokazują swoje pozytywne oblicze. Szczególnie polubiłem odtwórcę głównej roli, który świetnie oddał bogatą osobowość Eltona, jak również jego wydawcę - tego, który go wyruchał nie tylko w kwestii zarobkowych, ale również w łóżku. Cała resztę mogę ocenić na co najmniej dobrym poziomie, raczej nikt nie zagrał w słaby sposób. Za to niektórzy być może dorównują lub nawet byli lepsi od wymienionej przeze mnie dwójki bohaterów. "Rocketman" to warte sprawdzenia show zarówno jako film psychologiczny, jak i rozrywkowe kino - świetnie się sprawdza w obu przypadkach. Mimo, że uwielbiam muzykę i nie wyobrażam sobie bez niej życia, to nie przepadam za koncertami. Chętnie odwiedziłbym tylko kilka z nich, pozostałych wolę unikać. W tej produkcji za to bardzo mi się podobały koncerty! Były piękne, oszałamiające, niektóre numery Eltona zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie (np. to opieranie się na fortepianie, o ile takie coś miało miejsce) i nie sądziłem, że mogę się tak dobrze bawić przy takich scenach. I mówię to jako zadeklarowany hater musicali i innych filmów opierających się w takim stopniu na aspekcie muzycznym.
Resumując, przed seansem byłem nieco sceptyczny i w najlepszym razie myślałem, że czeka mnie przyjemny i dobry seans, takie 7, maksymalnie 8/10. Jednak moje oczekiwania zmieniały się wraz z oglądaniem kolejnych scen. Gdy już skonczyliśmy "Rocketmana", to byłem zachwycony i żałowałem, że to tylko film, a nie kilkuodcinkowy serial, jak np. "Vinyl" (nie widziałem go, ale zakładam po przeczytaniu opisu i nazwy, że jest zbliżony przynajmniej tematycznie). Mam ochotę na więcej i chętnie obejrzałbym jeszcze więcej o Eltonie Johnie. Mam również nadzieje, że w przyszłości powstanie więcej biograficznych filmów tego typu - mniej sztuczności, a więcej realizmu, poproszę! Moja ocena to 9/10 z dużym serduszkiem.