Ekologia stała się mainstreamowym tematem, idealnie nadającym się do lansu. Młodzieżowe strajki, celebryci, tysiące artykułów. Wszyscy nawijają o jednym: że planeta jest zagrożona. Równocześnie kupują awokado, nalewają pół wanny wody podczas kąpieli, produkują tony śmieci, marnują jedzenie... a to tylko czubek czubka góry lodowej.
Ostatnio opowiedział mi o Hiszpanie, który buduje katedrę. Robi to od 50 lat, w podziękowaniu za wyleczenie z gruźlicy. Przez mieszkańców miejscowości, w której mieszka nazywany jest wariatem lub jak kto woli szaleńcem („El Loco”). Co jednak ciekawe, buduje tę katedrę wykorzystując do tego surowce wtórne. Ciągle znosi coś, co inni uznali za śmieci. I to moim zdaniem jest ekologia w praktyce.
W Królestwie Bez Kresu wychodzimy z podobnego założenia. To, co można wykorzystać - trzeba wykorzystać. Dlatego podczas remontu starałem się nie marnować karton-gipsu i używać go do łatania różnych dziur (oszczędzając tym samym zaprawę gipsową). Obecnie z kolei sortujemy dokładnie śmieci. W zasadzie tylko to z czym nic nie da się już zrobić i posortowany plastik trafiają na śmietnik. Aluminium ląduje w specjalnym worku i będzie sprzedane w skupie złomu. Butelki są myte, pozbawiane etykiet i składowane w skrzyniach.
Butelki to zresztą osobny temat. Nie do końca rozumiem dlaczego tylko część można zwrócić i otrzymać za nie pieniądze. W Krakowie namierzyłem jeden butelkomat. Oddaje 30 groszy. Tymczasem na Allegro butelki chodzą po ponad złotówkę (te z zamykaniem nawet po 5 zł). Oczywiście czyste, bez etykiet. Ale co to za problem umyć butelkę? Dlatego odzyskuję tyle ile mogę. Wkładam do wiadra na noc. Etykiety odpadają. Potem je myję. W przyszłości będzie je można sprzedać piwowarom lub napełnić sokiem własnej roboty.