Wszyscy wiemy w jakiej rzeczywistości się obudziliśmy w zeszły czwartek. Na ten temat nie chcę się wypowiadać, jako, że marny ze mnie ekspert, polecam posłuchać Bartosiaka, czy Wiecha. Dla zainteresowanych mogę podlinkować jakie newsy i skąd czytam, bo od dawna nie wchodzę już na główne portale, czy nie oglądam telewizji.
Jednakże obecna sytuacja dała mi do myślenia na inny temat, a mianowicie Kresów. Jak wiecie, bądź nie, większość mojej rodziny pochodzi ze Lwowa, okolic, czy Czerniowców, no i Podkarpacia. Badałam w pandemii jedną z linii moich przodków i natrafiłam na ciekawostkę, że jeden z moich praprapradziadków był Szkotem osiedlonym we Lwowie. Ciekawe, czy był rudy.
Ukraina więc, a dokładniej tereny Galicji są mi nieobce przez pochodzenie, ale także odkrywanie na nowo tych wątków.
Huculska dusza jednego z moich dziadków, baciarska drugiego - to wszystko połączyło się razem z wielkim wyrafinowaniem mojej kochanej Babci, zebrało w moich rodzicach, no i napełniło mnie.
Pewne tradycje rodzinne, praktykowane u mnie w domu wciąż przywołują na myśl tamte dzieje.
Lwów więc jest miastem bliskim mojemu sercu, jak i duszy.
Podzielę się więc kilkoma starszymi pracami, bo planowany w tym roku wyjazd wiosną, no cóż, aż taką optymistką nie jestem.
Martwa natura lwowska z krzesłem i Canovą tempera jajeczna i olej na płótnie, 100x70, 2019 rok
Obraz przekazuję na aukcję do Desy na pomoc Ukrainie.
Szkice z targu na Łyczakowie:
mięso na stołach
prawdziwy vegan
pani sprzedająca mleko i koperek