"Oceniam różne zespoły po jakości ubrań, jakich członkowie noszą na czarnych koncertach."
~Lou Brutus
Cytat do obrony mógłby być, gdyby to nie byłaby jakaś modowo-fasjonistyczna falancja i obsesja na punkcie szerokich pół łonowych (Freud) samego rock'n'rolla. Ale w przypadku chłopców z Bristolu, wiele mógłbym sobie dać wtyknąć do ich tużurka, że są chudzi, wieśniaccy i wyglądają jak żule z Republiki Tatarstanu.
Ale dochodząc do kwestii obyczajowej, jaką niesie ze sobą twórczość IDLES - opiszę w skrócie ich program samej twórczości:
- walka z nadmiernym maskulinizmem;
- z ksenofobią;
- rasizmem;
- z fanami rocka progresywnego, który skończył się na Soft Machine i solowej twórczości Roberta Wyatta;
- z tacos na cienkim bez fasoli;
- z trenerami personalnymi i motywacyjnymi.
To ostatnie to akurat efekt zawiści wokalisty do jednego z jego trenerów pilatesa, tak że kiedyś miał go strzelić w mordę, ale zostawmy to na boku.
Jeszcze w dużym skrócie ujawnię biografię samego zespołu: w 2017 r. zadebiutowali longplayem zatytułowanym Brutalism i od tej pory, wszystkie dziewczyny z przedmieść bały się Joe Talbota i jego mojo, tak że cała drugoligowa scena DIY zaczęła go okładać ich ręcznie robionymi basówkami. Potem był Joy as an Act of Resistance i dopiero wtedy atakowano członków zespołu w najróżniejszych spelunkach, kebabiarniach czy kawiarniach jakie są w okolicy. Jeszcze póżniej był Ultra Mono i od tej pory ich producent i wydawca wykonawczy nie chcieli się z nimi nawet widzieć na piwku przy grillu. No, potem doszło do złamania obojczyka Marka Bowera i samo w sobie to kwalifikowało to zrobienia sobie rocznego L4 na NHS.
To dobra, co ja miałem...
...a, no właśnie. Album nie ma za dużo oczywistych urobków, jeśli chodzi o partyturę wokalną: jest ryk Talbota, syntezatory i wiolonczela, oraz gościnny saks Colina Webstera. Taki minimal punk w postaci anomalii typowo ekstra-antyfaszystowskiej, w jakiej można sobie wyobrazić obecny bunt robotniczo-chłopski. Lecz idąc do celu (przez kilkaset znaków to robię ×D)...
Tajemniczo brzmiąca nazwa utworu MTT 420 RR może zgadywać, że to jakiś amp czy modulator wysokości tonowych. Lub model jakiegoś japońskiego skutera. Mamy tam dużo synthów, trochę zmodulowanego wokalu z którego Joe nagle zrobił się drugim Krystyną Martinem, Minimoogi, skrzypce, oraz tamburyn i basy z bębnami, wzrastający, utrzymujący w porządku finisz po którym gość wraca do normy. Bredzi o byciu gwiazdą przez ostatnie 2 minuty, ale to jednak nie świadczy o farmazonach przypisywanych pewnej grupie chorobowej, o której zapewne się domyślacie.
The Wheel to niezły clank-chunk z minimalnym ustawieniem broomów w basie i porządną zgryzotą w głosie Joego. Pośrodku tego w momencie 2:35 - 2:41 jest też popis gitary Dana Crossa. Złośliwy, ale niekoniecznie śliski numer, który nie powinien się nigdy tu znależć na początku płyty, powinien być na samym początku, a nie jako drugi. Gdzie znasz proporcium, mocium panie?
When the Lights Come On mają jedną tylko melodycznie zagraną sentencję: "ciemne pokoje nie zawsze są białe" - to mocne odniesienie do uprzedzeń rasistowskich, ale takie trochę papużane w rodzaju małego zbrojnego walczyka przeciw złym Chaggityjczykom. Dron w gitarze przy końcu z pogłosem lekko wlał we mnie tego ducha wprawczości i ciekawego brzmienia, że nie wiem, po które pojęcie tej pneumy która wychodzi z chmur niczym huk, grom, zwiastun radości i płaczu - zguby i szczęścia mam sięgnąć w jednej, skodyfikowanej ostentacyjnie postaci.
Nu metalowa anthemówka o jeździe na maxa przy przejściu dla pieszych? To (raczej) niemożliwe. Ale to co przy końcu tego utworu zatytułowanego Car Crash się znajduje, nie można łatwo tego skonfrontować z najlepszymi riffami stonera i nu razem wziętymi. Huraganowe dudmienie, mówiące o ucieczce z płonącego w pożodze auta uderzającego na cysternę z mieszanką propanu-butenu. Takie utwory trza puszczać przymusowo kierowcom jadącym pod wpływem alkoholu (powyżej 1,8 promila) na mocny regulator ponad 80 Mhz, przypiętych do fotela jak do wykrywacza kłamstw z takim dźwiękochłonnym hełmem na głowie z elektrodami. To działa, mnie to radzieccy naukowcy tak mówili. (a raczej jeden, który ze mną po mocnej popijawie w Centrum Planowania w Moskwie zapuścił taką przygrywkę na harmonijce powyżej wymaganej skali sł. przez człowieka, tak że nam łby powybuchało dzień "po")
Faktycznie, album niby nic nie zaangażowany, ani nie mający swojej zmiennej, dynamicznej linii opowieści. To tylko zwykle wycie wyrosłego chłopca z baraków, który chciał być on wielkim magistrem z dziedziny technokracji, ale za wiele mu się to nie udało.
Już nowy singiel Shame'u był lepszy.
Ocena: (5/10,5)