Kochani nie wiem czy macie tak jak ja, ale muszę przyznać się że uwielbiam KAWĘ. Codzienne słuszniusie wiadereńko kawuni dodaje tyle energii na początek dnia. Szczególnie w trakcie przebierania warzywniaka... Maniuni wafeleniek i filiżanunia kawuni mmmm pycha... Ale, ale jeżeli tych kawuś jest nieco więcej (3-4) mój szalony organizm zachowuje się jak u Strusia Pędziwiatra, jakbym ADEHADE miała. Robota pali mi się w rękach, nawet magazynier do pomocy nie potrzebny. Wory z ziemniakami i marchewką znikają w momencie. Dobrze,że w pracy winda jest... Chociaż znając siebie, 21 schodów nie stanowi przeszkody, raczej jest to motywacja do rozładowania kawowej energii, której codziennie mam mnóstwo! Dziewczyny śmieją się że dopiero byłam tu już jestem tam. No cóż jakoś trzeba to spalić. Ale za to na koniec zmiany jak kawunia wyparuje...
Oj mówię Wam nie jest lekko. Jak wracam do domu to jestem dętka. Wiecie co wtedy robię? Kolejne słuszniusie wiadereńko kawuni!