Źródło: Pixabay
Dzień dobry.
Koszmarna noc. Nie mogę spać. Przewracam się z boku na bok, myślę, tęsknię, cierpię. Wstałam kompletnie nieprzytomna i nieprzygotowana na prawie 11h pracy.
W pracy ogień. Moja asystentka zapytała się mnie co się wczoraj wydarzyło, bo dzisiaj wyglądam znacznie lepiej niż ostatnie dni no to jej powiedziałam, że spędziłam czas z przyjaciółkę, walczę o tę przyjaźń i mam głęboką nadzieję, że ją uratuję. W ogóle dużo dzisiaj rozmawiałyśmy, bo ja miałam dużo pracy przy komputerze, żeby pozamykać jak najwięcej tematów tegorocznych i pękało mi serce jak zaczęła opowiadać o swoim synu, który jakoś 1,5 roku temu popełnił samobójstwo. Ale jakoś nie było aż takiego smutku w tych rozmowach tylko taka nie wiem, zaduma? Powiedziała mi, że ostatnie tygodnie wyglądałam jakby mi się świat walił i w istocie tak było. Jest nadal zresztą. Napracowałam się dzisiaj. Naprawdę się dzisiaj napracowałam. Koło 12 poszłam do kierownika i zapytałam go czy mogę o 14 iść do domu, bo jestem w pracy od 5:20, on może za mnie posiedzieć skoro przyszedł po 8. Zgodził się na co wpadł kierownik całego magazynu i powiedział, że w żadnym wypadku. No to ok. Wrzucił mi nawet w kalendarz spotkanie na 15 o co się tak wkurwiłam, że myślałam, że mu wyjebię. O 14 zebraliśmy pracowników, wygłosiłam płomienną przemowę z życzeniami i wróciłam do pracy. Przegadaliśmy kilka tematów i o 14:30 kazali mi spadać do domu, dobrze się bawić i odpoczywać. Alleluja.
Ten rok jest dla mnie koszmarem. Po prostu koszmarem. Różne rzeczy mi się działy już w życiu, często było ciężko, trudno, nieprzyjemnie, ale to co się odwala w tym roku i kumulacja tego wszystkiego po prostu mnie przerasta. Spotkało mnie tyle zła, że mam po prostu po ludzku dość, bo jestem też tylko człowiekiem, nie martwym w środku robotem. I siadła mi psycha. I pojawiły się myśli samobójcze, zamiary samobójcze, więc mnie wjebali do szpitala. I raz było lepiej, a raz gorzej po czym moje serce postanowiło się bez reszty zakochać w największym skurwysynie jakiego dane było mi poznać. I była bajka. Rozmowy, seks, kolacyjki, spacerki, wspólne treningi i inne chuje muje. A potem zaczął się horror. Dwa dni miesiąc miodowy, dwa dni terroru i robienia sieczki z głowy. W kilka tygodni gość mnie wykończył psychicznie, emocjonalnie i nerwowo. Doprowadził mnie do skraju wytrzymałości, powrotu do używek, próby targnięcia się na życie i rozpierdolenia wszystkiego co dla mnie ważne. Ale wstanę. Nie wiem kiedy. Za tydzień, miesiąc, pół roku, nie wiem, ale wstanę. Mam dla kogo. Mam kochającą babcię i dziadka, którzy nie sądzę, aby byli zainteresowani przyjściem na mój pogrzeb, mam najukochańszą na świecie przyjaciółkę, którą kocham jak siostrę i ona raczej też nie reflektuje na moje ostatnie pożegnanie, są dzieciaki brata, kumple bliżsi czy dalsi. Wstanę. Po prostu jakoś wstanę. Nie chce mi się na razie tego robić dla siebie, bo mi się po prostu nie chce, bo mam totalną katastrofę w głowie, ale zrobię to dla nich, a autochęci przyjdą później.
Chciałabym po prostu, żeby ten rok nie był gorszy. Mam tak niskie standardy, że tyle mi wystarczy do szczęścia. Cisza, spokój, praca, bliscy i ich miłość wystarczą mi do szczęścia. Mam dość katastrof, toksyczności, problemów, depresji, gniewu, terroru. Mam dość. Po ludzku. Nie lubię świąt, nie jestem fanką urodzin, ale sylwester i to mistyczne wejście w nowy rok zawsze daje mi dużo nadziei, że teraz już będzie tylko lepiej, że teraz wszystko się zmieni. I bardzo w to wierzę. Przede mną terapia, leki, mitingi, praca i tego będę się trzymać, żeby wrócić na powierzchnie, żeby wrócić do prime time, który miałam w 2024. Z takimi ludźmi u boku jest to osiągalne. Prędzej czy później, ale osiągalne.
A Wam w sumie nie wiem czego życzyć. Zdrowia, zdrowej miłości, oddanej i prawdziwej przyjaźni, świętego spokoju w głowie i sercu. A reszta jakoś sama się ułoży, głęboko w to wierzę.
Idę spać, bo padam na ryj.
Bajo.