Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Cały weekend płakałam. A mi się nie zdarza zbyt często płakać. Wieczorem ratowałam nastrój narkotykami na tyle skutecznie, że nie zasnęłam nawet na minutę. Noc była koszmarem. Wymioty, drgawki, myśli samobójcze, flashbacki, których za chuj nie chcę oglądać. Podniosłam się z łóżka i jedynym sposobem, żebym była w stanie pojechać do pracy była amfetamina.
W pracy nawet magazynierzy widzieli, że coś jest nie tak, a to za sprawą oczu, które były tak dojebane jakbym nie spała tydzień. Skondensowałam maksymalnie swoją pracę i o 11 wyszłam z firmy, bo byłam bliska płaczu. A do pracy się nie nadawałam zupełnie. Zresztą to niczego się nie nadaję.
Zadzwoniła przyjaciółka, która za wszelką cenę próbuje utrzymać mnie przy życiu. I co mam powiedzieć, że mi się nie chce totalnie żyć? Totalnie, na amen. Gdy miała płacz w głosie tak bardzo chciałam ją uratować przede mną, a potem i tak się naćpałam i napiłam. Biegnę drogą donikąd. Po prostu. Nie wiem co mam zrobić, żeby znowu zachcieć żyć. Nie mam zielonego pojęcia.
Amen.