Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Wstałam totalnie, ale to totalnie nieprzytomna, ale nie było rady. Mimo tego lekkiego zakręcenia i zaspania poranek był dość spokojny. Coś tam zjadłam, wzięłam leki, trochę się rozbudziłam i pojechałam do pracy. Apropo jedzenia to się od razu pochwalę, że od 10 dni liczę kcal i choć jedzenie samo w sobie idzie mi różnie, bo czasami przenoszę jeden posiłek na drugi to mimo wszystko dzielnie się trzymam. I już nie chodzi nawet o kwestię gubienia wagi, ale po prostu o zapanowanie nad zaburzeniami odżywiania. Ostatnie dni napawają optymizmem.
W pracy ogień. Lubię to. Przyszła dzisiaj produktywność i moja zmiana, którą objęłam 9 dni temu znowu urosła o kolejny 1% w statystykach. Bardzo mnie to cieszy. Przyszedł do mnie kierownik główny i zapytał czy nie mogłabym przyjść w sobotę do pracy i w Wigilię [za podwójną stawkę]. Zgodziłam się. W sobotę i tak nie mam co robić, święta mnie nie interesują, a tak przynajmniej sobie zarobię kaskę. Czuję dobry vibe w pracy. Cenią mnie bardzo jako pracownika i mówią o tym wprost. Bardzo mi się to podoba w moim głównym kierowniku, że daje feedback i nieważne czy to pozytywny czy mówi, że coś trzeba podciągnąć, ale gość zdecydowanie umie w komunikację i bardzo mi to pasuje. Mam dużą chandrę od kilku dni, ale szczerze mówiąc praca jest dla mnie czynnikiem, który jeszcze trzyma mnie na powierzchni. Jeszcze walczę, jeszcze się nie poddałam.
Po pracy musiałam się chwilę położyć, bo byłam naprawdę nieprzytomna. Jak wstałam to musiałam chwilę popracować z domu, a potem strzeliłam regenerujący spacer z psem. Nie odebrałam dzisiaj telefonu od przyjaciółki, a drugiej nie odpisuję. Nie mam siły. Nie chce mi się znów ich obarczać tym, że czuję się gorzej niż powinnam się czuć. Dla ich dobra i komfortu wolę to przemielić w sobie sama i wrócić jak mi przejdzie i będę w dobrej formie. Na domiar złego chyba źle spałam i strasznie boli mnie szyja. Jak nie urok to sraczka.
Idę się położyć, bo padam.
Do jutra.