Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Krótko dzisiaj będzie, bo źle się czuję.
Zasnęłam grubo po 1, a już o 4 zadzwonił budzik, bo miałam dzisiaj przejście z drugiej zmiany na pierwszą. Wstałam tak wykończona i przetrącona, że chciało mi się płakać. Jakoś dziwnie mi było od samego rana. Rozdrażnienie, ból mięśni i kości, ale zrzuciłam to wszystko na odstawienie używek i tęsknotę za nimi.
Pojechałam do pracy i miałam dzisiaj bardzo pracowity dzień. Szkoliłam nowego lidera, więc pełne 9 godzin non stop gadałam. I gadałam i gadałam i gadałam bez końca. Dobrze spędziłam ten czas, bo nowa liderka jest bardzo kumata i bardzo chętna do zdobywania wiedzy. Naprawdę fajnie mi się z nią pracowało. W trakcie zaczęła mnie boleć głowa co zrzuciłam na głody alkoholowo - narkotykowe i gardło co zrzuciłam na fakt, że całe 9h gadałam monologi wyjaśniające działanie naszego systemu, procedur, life hacków ułatwiających prowadzenie zmiany i takie tam. Wyszłam z pracy solidnie przetrącona, ale tak jak wspomniałam wszystko zrzuciłam na zespół odstawienny.
Wracając z pracy kupiłam sobie jakiś gówniany obiad byleby zjeść coś ciepłego, zjadłam i padłam spać. Nie wiem nawet kiedy mnie odcięło. Miałam chwilę poleżeć, żeby rozprostować bolące gnaty, a spałam kilka godzin i wstałam już kompletnie chora. Zawalone gardło, nos, gorączka, wszystko boli. Ja wiem, że to zabrzmi źle, ale bardzo się z tej choroby ucieszyłam, bo gmerało mnie dzisiaj na jakąś imprezę, a tak leżę w łóżku i się kuruję. Nie pojechałam na miting, bo po prostu nie miałam na to siły, ale włączyłam sobie online spotkanie AA, więc coś tam dla siebie wyciągnęłam. Wzięłam leki i psychiatryczne i na chorobę, poszłam z moim małym farfoclem na spacer w śniegu, bo pada u nas non stop i zaległam w łóżku. Czuję się paskudnie. Totalnie, na amen paskudnie. I alleluja, bo czołgiem mnie nikt nie wyciągnie na imprezę.
Napisała do mnie znajoma, ale taka normalna znajoma, nie używkowa, że tak to nazwę, że ma dwa bilety na stand up Magdy Kubickiej i może byśmy się wybrały pod koniec stycznia. Nie lubię stand upów, to są tak czerstwe internetowe żarty, że żenada, ale Kubicka mi co jakiś czas wyskakuje na Instagramie i mnie bawi, więc stwierdziłam, że w sumie why not, zróbmy w tym roku coś nowego. I trzeźwego przede wszystkim. Akurat mam pierwsze zmiany, więc możemy jechać. Cieszę się, bardzo. Kubicka brzmi spoko, nowe doświadczenie, które jest totalnie trzeźwe, bo z Marleną nigdy nie piłam i nigdy nie wypiję, bo ona wie jakie mam problemy też brzmi spoko, no nic tylko się cieszyć.
Jestem trzeźwa, ale strasznie sponiewierana. Granica między zespołem abstynencyjnym, a chorobą trochę się zaciera, ale nieważne, przetrwam. Mój kudłaty gamoń już śpi i ja idę w jego ślady, bo potrzebuję naprawdę odpocząć. Czuję się jakby mnie ktoś z krzyża ściągnął. Jeśli choroba ma być rozwiązaniem na trzeźwy weekend to spoko - przynajmniej nic nie odpierdolę i nie stracę najbliższych. Amen.
Do jutra.