Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Jestem bardzo zmęczona. Już w nocy miałam bodajże dwa krwotoki, potem jeden w pracy. Pulsuje mi powieka co wyprowadza mnie z równowagi. Wiem jednak, że to jest konsekwencja mojego aktualnego trybu życia czyli braku snu, braku odpowiedniej suplementacji i braku jedzenia. Dzisiaj względnie bezpiecznie dojechałam do pracy, ale czuję, że to wszystko co się dzieje zaczyna mi się coraz bardziej odbijać na zdrowiu. I nie mówię tu o zdrowiu psychicznym, bo ono jest niezmienne [bardzo głęboka depresja z myślami samobójczymi bez tendencji do ich realizacji], ale i fizycznie zaczynam niedomagać. Moja asystentka bacznie mnie obserwuje i zadaje taktowne i delikatne choć mocno zmartwione pytania, a ja jak to ja: pajacuję udając, że jest wszystko super. W tym jestem dobra.
W pracy niby mało pracy, ale z racji tego, że ja wyznaję zasadę, że na magazynie zawsze jest coś do roboty to był ogień. Dużo pracy nad własnymi projektami + kilka spotkań i dzień naprawdę bardzo szybko mi zleciał. Zdziwiło mnie to, bo do pracy dotarłam w totalnej rozsypce i bałam się, że ten dzień będzie się wlókł w nieskończoność, ale tak nie było.
Po pracy spotkałam się z przyjaciółką. Byłam na siebie zła strasznie, bo się spóźniłam, bo wpadłam w korek, ale na szczęście mam tak kochającą przyjaciółkę, że wszystko jest ok. Poprosiłam ją o spotkanie na minutę, bo chciałam jej wręczyć prezent, ale ta cudowna istota postanowiła wypić ze mną herbatę. Niepokoję się, bo patrzę w jej oczy i widzę smutek jakiego jeszcze nie widziałam, ale nie chcę naciskać i na siłę szukać rozwiązań. Chcę być, kochać i wspierać tak jak umiem najlepiej, a jeśli moim pajacowaniem uda mi się sprawić, że choć na chwilę się uśmiechnie to będę się cieszyć. Ostatni raz na urlopie byłam jak jeszcze żył mój ex partner i to było chyba w 2018. I chillowaliśmy w górach przy okazji czego zwiedziliśmy chuj wie jak to nazwać, ale przyjmijmy, że manufakturę szkła. I można było sobie popatrzeć jak robią różne rzeczy ze szkła i choć ja na taką osobę nie wyglądam to jestem bardzo uduchowiona [dużo się modlę, dużo medytuję, wierzę, że ktoś nade mną czuwa]. I wierzę też, że są przedmioty, które przynoszą mi szczęście i nie chodzi mi o bycie kamieniarskim oszołomem tylko po prostu. Aktualnie czuwają nade mną dwie bransoletki od mojej przyjaciółki. No i z tej powiedzmy manufaktury mam hand made słonika. I on tak sobie nade mną czuwał zwłaszcza po śmierci Waldka. Czas jednak, żeby przyniósł szczęście komuś innemu czyli najcudowniejszemu człowiekowi na świecie, bo nade mną czuwają bransoletki na nadgarstku. Skoro nie mogę sprawić, żeby była szczęśliwa, nie mogę zabrać jej cierpień, problemów, trosk, bólu to niech przynajmniej wie, że jestem, kocham, wspieram i nigdy nie opuszczę.
Po powrocie do domu bardzo, ale to bardzo pokłóciłam się z typem, z którym piszę od kilku tygodni, ale nie chce mi się tego nawet streszczać. Nikt mnie nie doprowadza w ostatnim czasie do takiej białej gorączki jak on. Chyba czas to przerwać. Nie wiem czy to on testuje moje granice czy ja jego, czy to zawsze tak wygląda, że się ludzie ze sobą ścierają, bo może tak po prostu wygląda normalna relacja? W każdym razie mam ochotę go utopić. I on pewnie mnie też, bo oczywiście ja mu nie pozostaję dłużna. Z tym wyszczekanym ryjem to wiadomo, że jest jazda.
Bardzo bolą mnie dzisiaj nerki i wątroba dlatego spróbuję cokolwiek zjeść, dopiję herbatę i idę się położyć, bo jutro na 5:30 zapierdalam do pracy. Z jednej strony nie mogę się doczekać wolnego, które przede mną, a z drugiej strony bardzo się boję, że coś odpierdolę. Chyba całą swoją uwagę skupię na babci i dziadku. To moja względnie bezpieczna przystań.
Starość nie radość, im bliżej urodzin tym bardziej się sypię.
Do jutra.