Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Jest nijak. Jestem na urlopie, żeby się pozbierać po śmierci kogoś bliskiego. Czuwam zdalnie nad tym co się dzieje, koryguję, rozwiązuję problemy, ale mogę być w domu pod kołdrą, a nie w pracy co dużo mi daje, bo do pracy nie nadaję się kompletnie.
Byłam na psychiatrycznym SORze i babka dała mi leki, które miały pomóc mi przetrwać, ale no nie, nie podziałało. Coś tam mnie wyciszało, ale nie na tyle, żeby przetrwać aktualny sztorm, a do tego dostałam tak silnych krwotoków z nosa, że myślałam, że się wykrwawię. Krwawa plama na podłodze to nie jest widok, który człowiek chce oglądać. Dzisiaj byłam u mojej pani doktor i zmodyfikowała mi leczenie, więc jestem pełna nadziei.
A tak naprawdę nadziei nie mam wcale. Nie pamiętam czy to było w listopadzie czy grudniu, już jeden chuj, ale byłam z Nim na imprezie i tak strasznie ćpaliśmy, że to musiało się źle skończyć. I źle się skończyło, bo dostaliśmy niemalże równolegle bad tripa i chcieliśmy popełnić samobójstwo, ale na szczęście na imprezie byli ludzie, którzy potrafili to ogarnąć. I nie sądziłam, że to będzie moje ostatnie tak wyraziste wspomnienie z nim, bo widzieliśmy się później, jasne, że tak, come on, znamy się 20 lat, nie zrezygnuję z człowieka ot tak, ale nie chciałam, żeby moje myślenie było tylko o tym. I boję się odpowiedzi czy on przedawkował czy chciał się po prostu odjebać. A ja nie zrobiłam nic. Jak upadałam to imprezowałam z nim, świetnie się bawiłam, a nie zrobiłam nic, żeby mu pomóc. Kurwa ze mnie niezła..
Mój świat jest aktualnie kurewsko cichy. I nieznośny. I ciężki to dźwignięcia. Dużo płaczę. Bardzo. I bardzo tęsknię. Od piątku odkąd dowiedziałam się, że odszedł dzwoniłam do niego jakieś 500 razy, ale ni chuja, telefon nadal nie odpowiada.
Nie umiem sobie poradzić z tym co się dzieje. Pogrzeb w poniedziałek, a w środę chcę wrócić do pracy. Moja asystentka wietrzy jakiś dramat, bo napisała mi wiadomość, że jest pewna na 100%, że stało się coś złego skoro tak z dnia na dzień wylądowałam na urlopie, a ja nie mam siły jej powiedzieć nic, więc jestem, wspieram i pomagam rozwiązywać problemy zawodowe i tyle. W ogóle na nic nie mam siły.
Wieczorem ziomek wyciągnął mnie na miasto. Nie miałam na to ochoty, ale pomyślałam sobie, że jak dalej będę siedzieć w czterech ścianach to mogę być zagrożeniem sama dla siebie. Poszliśmy do mojego ulubionego baru i jak zwykle spotkałam znajomych, więc nastąpiło towarzyskie pierdu, pierdu. Potem poszliśmy na kebaba, połaziliśmy po mieście, bo ja kocham miasto nocą i umówiliśmy się jutro na spędzenie razem poranka. Gość staje na głowie, żeby mnie wyciągnąć z dramatu, a ja na to sram, bo on to nie On.
Mam bardzo niebezpieczne myśli, ale jak sobie pomyślę co ja aktualnie przeżywam to nie zrobię tego moim bliskim. Jest kurwa ciężko i już łzy płyną jak pojebane. Boże, kurwa za co?