Dziennik #145/2026 - zero

Words
278
Reading
2 min
7m
Listen to this post
~2 min

kellepics-fantasy-5683876_1920.jpg

Źródło: Pixabay


Dzisiaj nastąpiło [jak zakładam] preludium konsekwencji moich decyzji z dni ostatnich i ok. Jestem świadomym człowiekiem, wiem jakie konsekwencje mogą mnie czekać więc nie mam w sobie zaskoczenia kompletnie. Nie mam też w sobie żalu do siebie i świata bądź kogokolwiek - zrobiłam co uznałam za słuszne. Zasadniczo wręcz jestem zdziwiona, że smutni panowie odwiedzili mnie tak późno, ale zważywszy na to jak działa aparat państwowy to winszuję, że odwiedzili mnie w ogóle. Nic nie zrobiłam, jestem grzecznym człowiekiem, a pogadać zawsze można.

Czuję się bardzo źle. Mam potworne bóle. Wczoraj moja psychiatra w końcu uwierzyła, że jej leki mogą mnie zabić więc wróciłyśmy do leków sprzed zmiany zatem psychiatrycznie stoimy wciąż w miejscu - jak od dwóch lat. To krzepiące, że jak nie zabiją mnie nerki co mogłoby zwiastować śmierć w potwornych męczarniach to jest spory potencjał, że odbiorę sobie życie sama, a domniemam, że zrobię to bezboleśnie.

Jakbym miała określić swój nastrój to jest on wisielczy w chuj. Coś w stylu śmiechu Jokera [z 2019 roku]. Daj Boże przeżyć ten zajebany dzień i kolejny i kolejny, i kolejny.. I w sumie chuj wie po co.


za palec na spuście
i lufę przy ustach
wychylam
i lecę jak płytki domina
wciąż urywam filmy
lecz niczego nie zapominam
to moja ostatnia szansa
rozumiem proces jak kafka
rozwiąże problem jak kaftan
demony nie chcą już spać ja
otwieram głowę jak arkham
choć nie dawali mi szansy
ich ręcę w gestach błagalnych
co za ironiczny timing
z płonącej tonącej tratwy
czas na ostatni stage diving
lecę
boże może zrobisz mi tu elektryczny fotel
na grom z nieba, ja wciąż czekam, wiesz jak się mam?
jest okej

Dziennik #145/2026 - zero | Ecency