A ja uważam to za świetny pomysł, który funkcjonuje z powodzeniem w kilku krajach.
Potwierdzam słowa ilodz24hd - też gdzieś kiedyś czytałem, że akurat ten przepis w kilku krajach nie miał żadnego pozytywnego wpływu albo pomijalnie niski.
Jak jeden z drugim kierowca poniesie realną odpowiedzialność, to zwolni, po prostu zwolni.
Czyli jak już kogoś zabije? Trochę wysoki koszt takiej nauki. Zresztą co chwilę słychać o pacjentach, którzy z wyrokami za wypadki, dożywotnim zakazem prowadzenia pojazdów nadal jeżdżą - i to nadal niebezpiecznie albo nadal pod wpływem. A często jedno i drugie. Nie przekonuje mnie taki argument.
Moim zdaniem w Polsce, kraju maksymalnie niezdyscyplinowanych kierowców jedynym wyjściem jest wprowadzenie totalnego zamordyzmu. Jako kierowca sam bym tego bardzo nie chciał, ale nie widzę innej opcji. Czyli na przykład - mandaty za przekroczenie prędkości zależne od zarobków. Ale nie jakieś drobniaki. Prędkość przekroczona o 10km/h - 10% miesięcznego dochodu. Przekroczenie o 30km/h - 30% miesięcznych zarobków. 100km/h - 100% miesięcznych zarobków. Przekroczenie w obszarze zabudowanym - liczone podwójnie 20km/h za szybko, to 40% miesięcznych zarobków. Kto nie ma dochodów, procent liczony od średniej krajowej. Jeśli ktoś nie ma pieniędzy, zatrzymać auto na poczet mandatu. Trzy mandaty za przekroczenie prędkości w roku - zabranie prawa jazdy na 5 lat (po tym okresie by odzyskać prawo jazdy pacjent musi zdać ponownie teoretyczny i praktyczny egzamin). Do tego maksymalna automatyzacja procesu - mandaty powinny być głównie generowane przez fotoradary i systemy odcinkowego pomiaru prędkości (powinno być ich kilkanaście razy więcej niż teraz, również ruchome i bez konieczności ostrzegania znakami o istnieniu kontroli prędkości). Pieniądze powinny być natychmiast pobierane automatycznie w taki sam sposób jak obecnie zabierane są za zaległe mandaty po długim okresie od wykroczenia (z konta bankowego sprawcy albo poprzez wjechanie na pensję).
Policjanci są z reguły najgorszym źródłem ocen prawa. Nie są ani specjalistami, ani prawnikami.
To nie jest prawda. Owszem jest sporo policjantów, nawet w drogówce, którzy nie zaglądali do przepisów ruchu drogowego od wieków. Ale są i tacy, których z całą pewnością można nazwać specjalistami. I są wśród nich również absolwenci prawa. Problem w tym, że Policja jest moim zdaniem, instytucją częściowo upolitycznioną a częściowo patologiczną. Prawdziwi fachowcy, w różnych dziedzinach, w wielu miejscach mają przełożonych z politycznego albo układowego (na poziomie gmin i powiatów) nadania. A w pozostałych miejscach mają nad sobą karierowiczów, którzy zostali wybrani by generować odpowiednie statystyki. Realizują więc często, krótkoterminowe, często zupełnie bezsensowne cele, które niczego nie naprawiają i nikomu nie mają pomagać. Mają tylko ładnie wyglądać w raportach.
RE: Piesi bardziej bezpieczni?